Japoński atak na amerykańską bazę Floty Pacyfiku w Pearl Harbor 7 grudnia 1941 roku miał prosty cel. Japończycy zakładali, że wyeliminuje on zagrożenie ze strony Stanów Zjednoczonych i pozwoli Japonii na dalszy podbój Azji i Pacyfiku. Mimo znakomitego przygotowania, śmiałego planu i jego bardzo dobrego wykonania, atak ten całkowicie odwrócił sytuację na wszystkich frontach II wojny światowej, sprawiając, że szala zwycięstwa przesunęła się na stronę Aliantów.
Geneza
Japońska droga do wojny
Na przełomie XIX i XX wieku Japonia dzięki zwycięstwom w wojnach z Chinami oraz Rosją (zwłaszcza w wojnie japońsko-rosyjskiej w 1905 roku) po raz pierwszy poczuła, że jest liczącym się mocarstwem, które może realnie wpływać na sytuację międzynarodową. Tym samym wśród japońskich polityków i wojskowych zaczęła rodzić się idea budowy wielkiego Imperium Japońskiego. Zrodziły się z tego dwie, konkurencyjne i ścierające się ze sobą doktryny strategiczne, które na długie lata zdominowały japońskie kręgi wojskowe i dyplomatyczne.

Pierwszą była Hokushin-ron (Doktryna Ekspansji Północnej), faworyzowana głównie przez Cesarską Armię Lądową, która postrzegała Chiny, Związek Radziecki i Syberię jako naturalny kierunek ekspansji. Sukcesy w wojnie z Chinami tylko potwierdzały słuszność tej doktryny, jednak klęska w starciach z radziecką armią nad Chałchin-Goł w 1939 roku brutalnie zweryfikowała japońskie ambicje. Przegrana ta była sporym szokiem dla Japonii, która po wcześniejszej wojnie z Carską Rosją sądziła, że dysponuje wystarczającą przewagą militarną, aby zainicjować ekspansję na północ, a Związek Radziecki nie stanowi większego zagrożenia. W tej sytuacji na znaczeniu zyskała konkurencyjna koncepcja: Nanshin-ron (Doktryna Ekspansji Południowej), popierana przede wszystkim przez Cesarską Marynarkę Wojenną.
Nanshin-ron kierowała japońskie ambicje ku bogatym w surowce strategiczne obszarom Azji Południowo-Wschodniej – Malajom Brytyjskim (złoża cyny i kauczuku), Holenderskim Indiom Wschodnim (złoża ropy naftowej) i Filipinom (ważny punkt strategiczny). Dla Japonii, kraju o bardzo ograniczonych, własnych zasobach naturalnych, a jednocześnie prowadzącego wojnę w Chinach od 7 lipca 1937 roku, kontrola nad tymi zasobami była kwestią egzystencjalną. Realizacja tej doktryny była ideologicznie opakowana w hasło budowy Wielkiej Wschodnioazjatyckiej Strefy Wspólnego Dobrobytu, co w praktyce oznaczało brutalną dominację Tokio nad regionem. To właśnie Nanshin-ron nieuchronnie prowadziła do konfrontacji z mocarstwami zachodnimi, a przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, które postrzegały Filipiny jako swój protektorat i gwaranta stabilności w regionie.
Gdy w 1939 roku wybuchła wojna w Europie, Japonia uznała, że sytuacja w Azji pozwoli na szybką i niezbyt ryzykowną ekspansję. Europejskie mocarstwa zostały bowiem zmuszone do szybkiego ściągnięcia do Europy znacznych sił kolonialnych, potrzebnych do obrony przez Niemcami. Pozbawiło to ich posiadłości w Azji i na Pacyfiku należytej ochrony, ponieważ lokalne formacje, które pozostawiono, nie stanowiły większego zagrożenia dla doświadczonych japońskich oddziałów, które dzięki walkom w Chinach zdobyły bezcenną wiedzę i umiejętności.

Amerykańskie sankcje
Relacje między Waszyngtonem a Tokio systematycznie pogarszały się od japońskiej inwazji na Mandżurię 18 września 1931 roku. Stany Zjednoczone, choć oficjalnie neutralne, potępiały japońską ekspansję w Chinach, wspierając rząd Czang Kaj-szeka dostawami uzbrojenia, najpierw w ramach indywidualnych umów, a od 1941 roku w ramach programu Lend-Lease Act. Bezpośrednim punktem zwrotnym, który doprowadził do kryzysu była jednak japońska decyzja o zajęciu Francuskich Indochin w lipcu 1941 roku. Ten ruch dawał Japonii bazy wypadowe do ataku na Malaje i Holenderskie Indie Wschodnie, co było dla Waszyngtonu przekroczeniem czerwonej linii. Reakcja administracji prezydenta Franklina D. Roosevelta była natychmiastowa i druzgocąca.
26 lipca 1941 roku Stany Zjednoczone zamroziły wszystkie japońskie aktywa na swoim terytorium, a 1 sierpnia 1941 roku wprowadziły pełne embargo na eksport ropy naftowej i benzyny lotniczej do Japonii. Do tej pory USA były głównym dostawcą tych surowców, pokrywając od 80% do nawet 90% japońskiego importu ropy. Decyzja ta była dla Japonii druzgoczącym ciosem. Według szacunków japońskiego sztabu, rezerwy strategiczne ropy wystarczyłyby marynarce wojennej na maksymalnie 18 miesięcy działań wojennych, a być może tylko na rok. Embargo nie było już tylko dyplomatyczną naganą; było zagrożeniem egzystencjalnym, które stawiało japońskich przywódców przed dramatycznym wyborem: wycofać się z Chin i Indochin, co było politycznie niemożliwe i oznaczało utratę twarzy oraz statusu mocarstwa, albo pójść na wojnę, by siłą zdobyć niezbędne surowce.
Decyzja o ataku na Stany Zjednoczone
W obliczu amerykańskiego embarga, japońskie dowództwo uznało, że wojna jest nieunikniona. Jako cel strategiczny wyznaczono zajęcie pól naftowych Holenderskich Indii Wschodnich oraz złóż kauczuku na Malajach. Tym samym, na drodze do realizacji tego planu stanęła jednak jedna, potężna przeszkoda: amerykańska Flota Pacyfiku, stacjonująca w nowej bazach w San Diego na kontynencie oraz w Pearl Harbor na Hawajach. Japońscy stratedzy, a zwłaszcza admirał Isoroku Yamamoto, doskonale zdawali sobie sprawę, że nie można rozpocząć inwazji na południu, pozwalając jednocześnie, by amerykańska flota uderzyła na ich flankę lub odcięła linie zaopatrzeniowe. Każda próba zajęcia Filipin czy Indonezji przy nietkniętej Flocie Pacyfiku byłaby strategicznym samobójstwem.

Admirał Yamamoto, paradoksalnie, był jednak jednym z największych sceptyków wojny z USA. Studiował na Harvardzie i był attaché morskim w Waszyngtonie, dzięki czemu doskonale rozumiał gigantyczny potencjał przemysłowy Stanów Zjednoczonych. Wiedział, że Japonia nie ma żadnych szans na wygranie długiej, wyniszczającej wojny. Amerykanie dysponowali bowiem znacznie większym zapleczem przemysłowym i ludzkim niż Japonia. Z tej świadomości narodził się radykalny plan: zamiast pasywnie czekać na amerykańską reakcję, Japonia musi zadać jeden, paraliżujący cios.
Jego celem nie miało być zajęcie Hawajów ani inwazja na kontynentalne Stany Zjednoczone. Celem było zniszczenie trzonu amerykańskiej floty liniowej (pancerników) i, co kluczowe, lotniskowców. Taki cios, jak kalkulował Yamamoto, miał kupić Japonii bezcenny czas – co najmniej sześć miesięcy, a optymistycznie rok – na podbicie „Strefy Zasobów Południowych”, ufortyfikowanie jej i przygotowanie do obrony. Była to desperacka gra, oparta na błędnym założeniu, że zdruzgotane psychicznie Stany Zjednoczone, zajęte również sytuacją w Europie, albo zgodzą się na negocjacje pokojowe, uznający japońską hegemonię w Azji, albo będą potrzebowały czasu do odbudowy sił i ruszenia do walki przeciwko Japonii.
Amerykański izolacjonizm
Podczas gdy Japonia zmierzała ku wojnie, Stany Zjednoczone były narodem głęboko podzielonym i niechętnym angażowaniu się w kolejny globalny konflikt. Mimo zwycięstwa podczas I Wojny Światowej, w amerykańskim społeczeństwie cały czas żyła trauma i niechęć do kolejnej wojny światowej. Ponadto w kraju cały czas walczono z skutkami Wielkiego Kryzysu z lat 30. Dominującym nastrojem społecznym był więc izolacjonizm, którego najgłośniejszym wyrazicielem był komitet „America First”. Większość Amerykanów uważała, że wojna w Europie, gdzie nazistowskie Niemcy odnosiły spektakularne sukcesy, jest problemem Starego Świata i USA nie powinny się do niej mieszać.

Co istotne, w przeciwieństwie do I Wojny Światowej, podejmowane przez Niemcy działania nie miały tak gwałtownego wpływu na amerykańską opinię publiczną jak miało to miejsce wcześniej. Mimo zatapiania statków cywilnych, nie dochodziło do tak medialnych i nagłośnionych incydentów jak w przypadku zatopienia Lusitanii, czy też uszkodzenia SS Sussex. Tym samym, dla amerykańskiego społeczeństwa brakowało bodźca, który sprawiłby, że wzrosłyby nastroje prowojenne. Co istotne, w amerykańskim społeczeństwie stosunkowo mocno odczuwany był brak pewności „kto jest tym złym” podczas trwającej już wojny. Równocześnie konflikt w Azji wydawał się odległy i abstrakcyjny, ponieważ tym bardziej nie miał żadnego wpływu na amerykańskie społeczeństwo, które poza imigrantami z Azji oraz nielicznymi biznesami, nie miało większych interesów w tej części świata.
Tym samym prezydent Franklin D. Roosevelt znajdował się w niezwykle trudnej sytuacji politycznej. Osobiście rozumiał zagrożenie płynące ze strony Państw Osi i uważał, że wsparcie Wielkiej Brytanii, jej sojuszników oraz Chin jest kluczowe dla amerykańskiego bezpieczeństwa. Musiał jednak lawirować między opinią publiczną a Kongresem. Programy takie jak „Cash and Carry” (1939) czy zwłaszcza Lend-Lease Act (marzec 1941 roku) były bardzo przemyślanymi posunięciami politycznymi, pozwalającymi na wspieranie sojuszników bez formalnego wypowiadania wojny, co Roosevelt określił mianem „arsenału demokracji”.
Nie wpływało to jednak bezpośrednio na stan amerykańskiej armii. W 1941 roku była ona wciąż w fatalnym stanie – słabo uzbrojona i zbyt mała, aby podjąć jakiekolwiek działania poza granicami kraju. Choć wprowadzono pobór w 1940 roku, siły lądowe były słabo wyszkolone i wyposażone. Nieco lepiej wyglądała US Navy, która zainicjowała program rozbudowy, w tym budowy nowych okrętów liniowych oraz lotniskowców, jednak poziom wyszkolenia marynarzy i lotników był zdecydowanie nieodpowiedni. Potężny amerykański przemysł dopiero powoli przestawiał się na tory wojenne, przy czym priorytetem była pomoc dla Wielkiej Brytanii w walce z Hitlerem. Pacyfik, choć budził niepokój, był postrzegany jako drugorzędny teatr działań.

Sytuacja na Pacyfiku
Hawaje
W 1941 roku centralnym punktem amerykańskiej strategii na Pacyfiku były Hawaje. Dowództwo nad „Twierdzą Pacyfiku”, jak nazywano bazy na wyspach, zwłaszcza w Pearl Harbor było podzielone. Za potężną Flotę Pacyfiku, zacumowaną w porcie, odpowiadał admirał Husband E. Kimmel. Za obronę lądową i powietrzną wyspy O’ahu, w tym za kluczowe lotniska i baterie przeciwlotnicze, odpowiadał generał Walter Short z USAAC. Obaj oficerowie, choć prywatnie utrzymywali dobre stosunki, w praktyce działali bez jakiejkolwiek koordynacji, a ich plany obronne nie były w pełni zintegrowane.
Sam fakt stacjonowania floty w Pearl Harbor był kwestią sporną. Decyzję o przeniesieniu jej z San Diego na kontynencie podjął osobiście prezydent Roosevelt w 1940 roku, wbrew stanowczym protestom poprzednika Kimmela, admirała Jamesa O. Richardsona. Roosevelt wierzył, że wysunięta obecność floty będzie działać odstraszająco na Japonię. Richardson twierdził natomiast, że baza jest logistycznie niewydolna, słabo broniona, a trzymanie okrętów w porcie czyni z nich „pułapkę na myszy”. Za ten otwarty sprzeciw Richardson został zwolniony i zastąpiony przez Kimmela. W grudniu 1941 roku siły Kimmela były potężne na papierze: 8 pancerników (z 9 dostępnych w Flocie Pacyfiku), 8 krążowników, 30 niszczycieli oraz dziesiątki okrętów pomocniczych i podwodnych. Oprócz okrętów liniowych, Flota Pacyfiku dysponowała również trzema lotniskowcami – USS Enterprise, USS Lexington i USS Saratoga. Wykorzystywano je jednak intensywnie do zadań pomocniczych, w tym transportu samolotów do odległych wysp i garnizonów.
Na Hawaje ściągano również liczne bombowce strategiczne Boeing B-17 Flying Fortress, które dopiero co weszły do szerszej eksploatacji. Ich zadaniem miało być prowadzenie działań rozpoznawczych, a w razie potrzeby, wspieranie działań obronnych, zgodnie mającą swoich zwolenników koncepcją Billiego Mitchella.

Co istotne, Kimmel i Short błędnie oceniali japońskie możliwości. Nikt w amerykańskim dowództwie nie wierzył, że Japonia jest w stanie logistycznie i technicznie przeprowadzić zmasowany atak lotniczy z lotniskowców na Hawaje. W rezultacie, największym zagrożeniem, jakiego realnie obawiano się na O’ahu, nie był nalot, lecz… sabotaż. Obsesja ta wynikała z faktu, że na Hawajach mieszkała duża populacja osób pochodzenia japońskiego (Nisei i Issei). W tej sytuacji, 27 listopada 1941 roku generał Short, aby ułatwić ochronę samolotów przed dywersantami, nakazał zgrupowanie wszystkich maszyn – myśliwców, bombowców oraz maszyn rozpoznawczych na otwartych płytach lotnisk Hickam Field i Wheeler Field, ustawiając je skrzydło przy skrzydle. Ułatwiało to ich pilnowanie, ale równocześnie czyniło z nich idealny cel dla lotnictwa. Co gorsza, amunicja do dział przeciwlotniczych była trzymana w zamkniętych magazynach, by zapobiec jej kradzieży, co drastycznie opóźniło jakąkolwiek reakcję na atak zewnętrzny.
Filipiny
W tym samym czasie, gdy Hawaje były postrzegane jako tarcza defensywna Ameryki, Filipiny stanowiły jej wysunięty „miecz” – lub, jak się okazało, pułapkę. Archipelag ten, będący amerykańskim protektoratem od 1898 roku, leżał w samym sercu japońskiej strefy ekspansji Nanshin-ron, blokując strategiczną drogę morską z Japonii do pól naftowych Holenderskich Indii Wschodnich. Przez dekady amerykańska strategia na wypadek wojny z Japonią, znana jako „Plan Wojenny Orange-3” (WPO-3), zakładała scenariusz pesymistyczny: siły amerykańsko-filipińskie nie były w stanie obronić całego archipelagu i miały stoczyć walkę opóźniającą, wycofując się na ufortyfikowany Półwysep Bataan i wyspę-twierdzę Corregidor. Tam miały bronić się przez około sześć miesięcy, oczekując na nadejście głównej Floty Pacyfiku, która miała przebić się przez ocean i stoczyć decydującą bitwę.
Jednak w lipcu 1941 roku ten starannie opracowany plan został wyrzucony do kosza przez jednego człowieka. Na scenę wkroczył bowiem generał Douglas MacArthur. Ten charyzmatyczny, egocentryczny i niezwykle wpływowy politycznie oficer, który przez lata służył jako marszałek polny armii filipińskiej, został przez prezydenta Roosevelta przywrócony do służby czynnej w armii USA i mianowany dowódcą nowo utworzonych Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych na Dalekim Wschodzie (USAFFE). MacArthur kategorycznie odrzucił WPO-3. Był głęboko przekonany, że jest w stanie obronić cały archipelag, a co więcej, że jest w stanie pokonać Japończyków na plażach Luzonu, zanim ci zdołają stworzyć przyczółki. Jego strategia opierała się na dwóch filarach: masowej mobilizacji tworzonej naprędce Armii Filipińskiej (liczącej na papierze ponad 120 000 żołnierzy) oraz na „nowej, rewolucyjnej broni”.

Tą „magiczną” bronią, która miała zmienić balans sił na Pacyfiku, były ciężkie bombowce strategiczne Boeing B-17 Flying Fortress. Waszyngton, w tym szef sztabu generał George C. Marshall, uwierzył w argumentację MacArthura, że zgromadzenie na Filipinach potężnej siły lotniczej (FEAF – Far East Air Force) będzie działać na Japonię odstraszająco. Wierzono, że B-17, startując z baz takich jak Clark Field pod Manilą, będą mogły nie tylko niszczyć japońskie bazy na Formozie (dzisiejszy Tajwan), ale nawet dokonywać rajdów na macierzyste wyspy Japonii, niszcząc miasta i przemysł. Do grudnia 1941 roku na Filipiny zdołano przebazować 35 tych maszyn – była to największa koncentracja amerykańskich ciężkich bombowców poza terytorium kontynentalnym USA. Niestety, podobnie jak w Pearl Harbor, wiara w ofensywną moc bombowców przysłoniła potrzebę ich ochrony; stały one skoncentrowane na lotniskach, stanowiąc idealny cel. Co istotne, było ich też zdecydowanie zbyt mało, aby stanowiły realne zagrożenie dla Japonii.
Ponadto, rzeczywistość logistyczna USAFFE była katastrofalna i stała w jaskrawej sprzeczności z optymizmem MacArthura. Filipińskie dywizje, choć liczne, były fatalnie wyposażone, często w przestarzałe karabiny M1917 Enfield z czasów I Wojny Światowej, pozbawione nowoczesnej artylerii, broni przeciwpancernej i łączności. Poziom wyszkolenia był minimalny. Co istotne, amerykańskie siły regularne były niezbyt liczne (około 16 000 żołnierzy) i słabo wyszkolone. Choć Waszyngton w ostatnich miesiącach 1941 roku wysyłał na Filipiny posiłki (np. Konwój Pensacola, który w momencie ataku na Pearl Harbor był na morzu), było to działanie spóźnione. Oddziałom broniącym Filipin brakowało również floty, która byłaby zdolna do walki z Cesarską Flotą Japonii. Najsilniejszymi amerykańskimi okrętami w tym rejonie były bowiem ciężki krążownik USS Houston i lekki krążownik USS Marblehead, wspierane przez 13 starych niszczycieli i 29 okrętów podwodnych.
Cała strategia MacArthura opierała się na fatalnie błędnym założeniu, że Japonia nie zdecyduje się na wojnę przynajmniej do wiosny 1942 roku. Ten błąd w kalkulacji czasu sprawił, że 8 grudnia 1941 roku (czasu lokalnego), zaledwie 10 godzin po ataku na Pearl Harbor, japońskie lotnictwo z Formozy uderzyło na Clark Field, niszcząc większość bezbronnych B-17 na ziemi i przypieczętowując los Filipin.

Plany i Przygotowania
Narodziny koncepcji ataku
Od 1939 roku Naczelnym Dowódcą japońskiej Połączonej Floty był admirał Isoroku Yamamoto. Był to doświadczony dowódca, podchodzący z dużą otwartością do często niekonwencjonalnych pomysłów. To on miał opracować japońską strategię walki z Stanami Zjednoczonymi. Yamamoto był głęboko przekonany o nieuchronności klęski Japonii w długotrwałej wojnie z USA. Wiedział, że Japonia nie może wygrać wojny na wyczerpanie. Równocześnie wychodził z założenia, że amerykańskie społeczeństwo nie ma tak silnego ducha walki jak Japończycy. Z tej świadomości narodziła się radykalna strategia: jedyną szansą jest błyskawiczne, paraliżujące uderzenie, które zniszczy wolę walki Amerykanów i zmusi ich do negocjowania pokoju, dając Japonii wolną rękę w Azji.
Yamamoto był zwolennikiem Kantai Kessen (decydującej bitwy floty, w której japońska flota miała pokonać amerykańską. Równocześnie był wielkim zwolennikiem lotniskowców, widząc w nich przyszłość floty. W związku z tym sprzeciwiał się rozwojowi pancerników i dążył do stoczenia walnej bitwy przy użyciu lotnictwa. Równocześnie był jednak świadom tego, że prawdopodobieństwo takiej bitwy jest bardzo małe. W jego opinii najlepszym rozwiązaniem było wykorzystanie lotnictwa do ataku na amerykańską flotę w porcie. Pomysł ten był jednak tak radykalny i niesprawdzony, że musiał postawić na szali swój autorytet, grożąc dymisją, aby go przeforsować.
Przełom nastąpił w nocy z 11 na 12 listopada 1940 roku. Brytyjska Royal Navy przeprowadziła wówczas śmiały atak na włoską bazę morską w Tarencie. Zaledwie 21 przestarzałych, dwupłatowych bombowców torpedowych Fairey Swordfish, które wystartowały z lotniskowca HMS Illustrious, sparaliżowało trzon włoskiej floty, uszkadzając 3 pancerniki w płytkich wodach portu. Chociaż atak ten nie zadał decydującego ciosu włoskiej flocie, był znakomitą inspiracją. Dla Yamamoto i jego sztabowców, zwłaszcza dla błyskotliwego stratega lotnictwa morskiego, komandora Minoru Gendy, był to dowód, że operacja uważana dotąd za niemożliwą – skuteczny atak torpedowy na okręty w płytkiej bazie – jest wykonalna. Genda otrzymał więc zadanie opracowania szczegółowego planu ataku na amerykańską flotę w Pearl Harbor, przy wykorzystaniu 6 ciężkich lotniskowców.

Taki atak pozbawiłby amerykańską flotę sił ofensywnych, przenosząc ciężar działań na mniejsze jednostki, z którymi silna japońska flota poradziłaby sobie bez większych problemów. Co istotne, Japończycy zakładali, że w przypadku nieuchronnej po ataku, wojny z państwami Osi, Amerykanie byliby zobligowani do podjęcia działań na Atlantyku. Japończycy dobrze wiedzieli więc, że Amerykanie mieli by bardzo duży problem z podzieleniem reszty swojej floty, która znajdowała się na Atlantyku, aby oddelegować jej część na Pacyfik. Zwłaszcza, że i tak część Floty Pacyfiku wysłano już na Atlantyk, chociaż nie trwała jeszcze wojna.
Przygotowanie Kido Butai i sił wspierających
Realizacja wizji Yamamoto wymagała bezprecedensowego wysiłku logistycznego i operacyjnego. Siłą uderzeniową miała być Kido Butai (Mobilna Flota Uderzeniowa), najpotężniejszy zespół lotniskowców, jaki kiedykolwiek zgromadzono. W jej skład weszło 6 lotniskowców: flagowy Akagi, Kaga, Soryu, Hiryu oraz dwa najnowocześniejsze okręty typu Shokaku – Shokaku i Zuikaku. Łącznie przenosiły one ponad 400 samolotów. Flotę tę eskortowały 2 pancerniki, 2 ciężkie krążowniki i jeden lekki, oraz 9 niszczyciel i 23 okręty podwodne. Dowództwo nad tym zespołem powierzono wiceadmirałowi Chuichi Nagumo, oficerowi o reputacji człowieka ostrożnego, wręcz bojaźliwego, a nie agresywnego nowatora, co miało później wpłynąć na jego decyzje podczas ataku.
Największym wyzwaniem była logistyka. Kido Butai musiała przebyć w tajemnicy trasę liczącą ponad 6000 km przez wzburzone wody północnego Pacyfiku. Trasę wybrano tak, by uniknąć szlaków handlowych i amerykańskich patroli. Aby zapewnić paliwo dla ponad 30 okrętów bojowych, do floty dołączono 8 tankowców, które miały przeprowadzić wielokrotne, ryzykowne operacje tankowania w ruchu na otwartym morzu. Wyliczono, że cała operacja (w obie strony) miała pochłonąć ponad 40 000 ton paliwa. W kontekście amerykańskiego embarga, które odcięło Japonii dostęp do 80-90% jej dotychczasowych dostaw ropy, koszt ten był astronomiczny. Było to postawienie wszystkiego na jedną kartę – paliwo zużyte na operację stanowiło znaczną część kurczących się strategicznych rezerw imperium.

Modyfikacja torped Typ 91 i szkolenie załóg
Inspiracja Tarentem wskazała drogę, ale nie rozwiązała kluczowego problemu technicznego. Port w Pearl Harbor był płytki – średnia głębokość wynosiła zaledwie 12 m. Standardowe japońskie torpedy lotnicze Typ 91, zrzucane z samolotów, miały tendencję do zanurzania się początkowo na głębokość około 20 m, zanim stabilizowały swój bieg. W warunkach Pearl Harbor oznaczało to, że po prostu ugrzęzłyby w mule na dnie, zanim dotarłyby do celu. Była to przeszkoda, która mogła przekreślić cały plan, gdyż to właśnie torpedy miały zadać śmiertelne ciosy pancernikom i lotniskowcom.
Japońscy inżynierowie ze zbrojowni w Nagasaki i Yokosuka otrzymali trudne zadanie rozwiązania tego problemu. Rozwiązaniem okazała się genialna w swej prostocie modyfikacja torpedy Typ 91. Do jej korpusu zaczęto mocować specjalne, drewniane stateczniki i osłony (nazywane Kaiten), które stabilizowały lot torpedy w powietrzu i, co najważniejsze, zmieniały jej charakterystykę hydrodynamiczną po uderzeniu w wodę. Elementy te zapobiegały zbyt głębokiemu zanurzeniu, pozwalając torpedzie utrzymać kurs na głębokości zaledwie 10-12 m.
Równolegle, w ścisłej tajemnicy, w Zatoce Kagoshima na wyspie Kiusiu, której topografia i głębokość przypominały Pearl Harbor, trwało intensywne szkolenie załóg lotniczych. Piloci pod dowództwem komandora Mitsuo Fuchidy (który miał osobiście poprowadzić nalot) ćwiczyli do perfekcji nie tylko zrzuty torped, ale także precyzyjne bombardowania z lotu nurkowego i ataki na cele naziemne, przygotowując się do kompleksowego zniszczenia amerykańskiej bazy.

Amerykański wywiad
Podczas gdy Japończycy dopracowywali swój plan, amerykański wywiad prowadził własną, cichą wojnę. Jednostka kryptologiczna marynarki wojennej OP-20-G (Office of Chief of Naval Operations, 20th Division, G Section) pod kierownictwem komandora Lauranca Safforda skupiała się na złamaniu szyfru JN-25, wykorzystywanego przez Japońską Cesarską Marynarkę Wojenną. Niestety z racji jego złożonej formy, Amerykanie odczytywali go z opóźnieniem i co istotne nie w pełni. W związku z tym musieli na podstawie szczątkowych informacji interpretować znaczenie przechwycony wiadomości.
O wiele skuteczniejsza była działalność Station HYPO na Hawajach pod dowództwem Komandora Josepha Rocheforta. Skonfliktowana z dowództwem w Waszyngtonie grupa śledziła ruchy japońskiej floty, głównie w oparciu o skalę przechwytywanych wiadomości, a nie do końca ich rozszyfrowywanie. Rochefort zauważył latem 1941 roku, że Japończycy zaczęli koncentrować swoją flotę na wodach wokół Wysp Japońskich. Śledzono więc ruchy tej floty i w oparciu o częściowo rozszyfrowane wiadomości starano się poznać jej zadania.
W połowie listopada Rochefort zauważył jednak, że zgrupowanie japońskiej floty, w skład którego wchodziły lotniskowce, dosłownie zniknęło. Nie przechwytywano już wzmożonego ruchu radiowego, a inne źródła wywiadowcze potwierdzały, że okrętów nie ma na japońskich wodach terytorialnych. Co gorsza, 1 grudnia 1941 roku Japończycy zmienili klucze kodowe JN-25, utrudniając analitykom HYPO analizowanie pozyskiwanych informacji. Przez pewien czas, amerykański wywiad był dosłownie głuchy.

Nieco inaczej wyglądała kwestia szyfru dyplomatycznego. Dzięki Służbie Wywiadu Sygnałowego Armii (Army SIS) dowodzonej przez kryptologa Williama F. Friedmana, udało się w 1940 roku złamać japoński szyfr dyplomatyczny o kryptonimie „Purple” używany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Tokio do komunikacji z kluczowymi ambasadami. Dostęp do tej korespondencji, sklasyfikowany jako „ściśle tajny” i znany pod kryptonimem „Magic”, dawał prezydentowi Rooseveltowi i najwyższym dowódcom wgląd w dyplomatyczne zaplecze japońskich planów.
Dzięki „Magic” Amerykanie wiedzieli, że negocjacje prowadzone w Waszyngtonie przez ambasadorów Kichisaburō Nomura i Saburō Kurusu są fikcją. Wiedzieli również, że Tokio postawi USA ultimatum w odpowiedzi na paraliżujące embargo na ropę. Co istotne, wywiad dowiedział się, że ostatecznie, Tokio wyznaczyło, nieprzekraczalny termin zerwania rozmów (początkowo na 25 listopada, potem przedłużony) i że po tej dacie „sprawy potoczą się automatycznie”.
Analizując wszystkie dostępne dane, Amerykanie doszli do wniosku, że atak nastąpi prędzej czy później. Pojawiło się jednak istotne pytanie – gdzie on nastąpi? Po przeanalizowaniu przechwyconych wiadomości uznano, że najbardziej zagrożone są Filipiny. Można śmiało powiedzieć, że amerykańskie dowództwo cierpiało nie na brak sygnałów, lecz na ich nadmiar i ich błędną interpretację. Waszyngton był tak obsesyjnie skupiony na scenariuszu ataku na Filipiny, Malaje czy Holenderskie Indie Wschodnie – że wszystkie dwuznaczne sygnały interpretowano jako potwierdzenie tej tezy.

Najbardziej rażącym przykładem tej analitycznej ślepoty było zignorowanie tzw. „depeszy bombowej” (ang. Bomb Plot message). Już 24 września 1941 roku japońskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysłało do swojego konsulatu w Honolulu depeszę (przechwyconą przez „Magic”), w której zażądało od agenta Tadashiego Morimury (w rzeczywistości był to oficer wywiadu morskiego Takeo Yoshikawa) szczegółowych raportów na temat dokładnego rozmieszczenia okrętów w Pearl Harbor. Konsulat miał podzielić port na pięć sektorów i raportować, które konkretnie okręty i gdzie cumują. Dla analityków w Waszyngtonie, m.in. komandora Alwina Kramera, był to jedynie przejaw wzmożonej aktywności szpiegowskiej. Nikt nie połączył tej depeszy z możliwością przygotowywania precyzyjnego nalotu; uznano to za rutynowe zbieranie danych, a nie mapę celów dla lotnictwa.
Ostateczny alarm, który powinien był obudzić dowództwo, nadszedł w ciągu 24 godzin przed atakiem. 6 grudnia 1941 roku „Magic” przechwycił 14-częściową depeszę dyplomatyczną, która była formalnym zerwaniem negocjacji. Sama w sobie nie była ona jeszcze wypowiedzeniem wojny, ale jej ton nie pozostawiał złudzeń. Najważniejsza była jednak krótka, piętnasta depesza, przechwycona rankiem 7 grudnia w Waszyngtonie. Zawierała ona instrukcję dla ambasadora Nomury: miał on dostarczyć 14-częściową notę Sekretarzowi Stanu Cordellowi Hullowi dokładnie o godzinie 13:00 czasu waszyngtońskiego. Równocześnie w depeszach znajdowały się instrukcje, aby po rozszyfrowaniu całości wiadomości, zniszczyć maszyny szyfrujące. Wyraźnie wskazywało to na podjęcie działań zmierzających do wojny.
Kryptolodzy natychmiast zdali sobie sprawę z ponurej wagi tej instrukcji: 13:00 w Waszyngtonie to 7:30 rano na Hawajach, idealny moment na atak o świcie. Szef Sztabu Armii, Generał George C. Marshall, widząc tę korelację czasową, zrozumiał niebezpieczeństwo i postanowił natychmiast wysłać ostrzeżenie do wszystkich dowództw na Pacyfiku, w tym do Generała Shorta na Hawajach. I tu nastąpił ostateczny, fatalny błąd. Z powodu zakłóceń atmosferycznych na linii radiowej Armii, sztab Marshalla zdecydował się wysłać depeszę… komercyjnym telegrafem (Western Union). Ostrzeżenie to dotarło do biura telegrafu w Honolulu, gdzie zostało przekazane posłańcowi, który bez pośpiechu ruszył z nim na rowerze do Kwatery Głównej Generała Shorta w Forcie Shafter. Dotarł tam kilka godzin po tym, jak pierwsze bomby spadły na Pearl Harbor.

Ostateczna decyzja
26 listopada 1941 roku do Japonii dotarła nota od amerykańskiego Sekretarza Stanu Cordella Hulla, która po raz kolejny wzywała Japonię do wycofania się z Chin i Francuskich Indochin. Tym samym japońskie władze upewniły się w przekonaniu, że nie ma żadnych szans na negocjacje z USA. W związku z tym, wydano rozkazy, aby Kido Butai opuściła Zatokę Hitokappu (współcześnie Zatoka Kasatka) na Wyspach Kurylskich, gdzie prowadzono ostatnie przygotowania do ataku na Pearl Harbor. Zgodnie z wytyczoną trasą, zespół płynął z dala od szlaków komunikacyjnych i w całkowitej ciszy radiowej.
W tym samym czasie, w Waszyngtonie ambasadorowie Nomura i Kurusu cały czas prowadzili jałowe negocjacje, mające na celu jedynie uśpienie czujności Amerykanów. Japończycy zakładali, że formalnie wypowiedzą wojnę Stanom Zjednoczonym, zgodnie z prawem międzynarodowym. Chociaż mogło to częściowo zniwelować efekt zaskoczenia, z politycznego punktu widzenia, japońskie władze chciały zachować wszelkie formalne zasady dyplomacji, aby nie tworzyć kolejnego punktu zapalnego (w i tak bardzo ryzykownej i niebezpiecznej sytuacji, w jakiej się stawiali).
Brakujące lotniskowce
Tuż przed planowanym japońskim atakiem na Pearl Harbor doszło do wydarzenia, które sprawiło, że jeden z najważniejszych japońskich celów, nie mógł zostać zrealizowany. Wszystkie trzy lotniskowce Floty Pacyfiku opuściły Hawaje. USS Enterprise wypłynął na wyspę Wake, gdzie miał dostarczyć 12myśliwców Grumman F4F Wildcat należących do USMC (dywizjon VMF-211). Okręt miał wrócić do Pearl Harbor wieczorem 6 grudnia, ale z powodu sztormu, nastąpiło to dopiero wieczorem 7 grudnia.

Drugi lotniskowiec, USS Lexington opuścił bazę 5 grudnia i udał się Midway, gdzie miał dostarczyć 18 bombowców nurkujących Vought SB2U Vindicator (dywizjon VMSB-231). W momencie ataku był około 800 km od Hawajów. Natomiast ostatni z okrętów, USS Saratoga znajdował się w San Diego, gdzie przygotowywano go rejsu na Hawaje po zakończonym remoncie.
Tym samym najważniejszy japoński cel – lotniskowce, były w pewnym sensie bezpieczne i nic im nie groziło, o czym Japończycy dowiedzieli się na kilka minut przed atakiem. Było jednak za późno, aby przerwać misję, zwłaszcza, że w bazie cały czas były pancerniki, które również uważano za ważny cel.
Ostatnie chwile przed atakiem
W niedzielę, 7 grudnia 1941 roku, pracownicy japońskiej ambasady starali się jak najszybciej rozszyfrować otrzymaną depeszę. W tym czasie, Amerykanie znali już jej całą treść i powoli próbowali zrozumieć jej znaczenie. Niestety tym razem proces rozszyfrowania wiadomości w ambasadzie przebiegał zdecydowanie gorzej niż zwykle. Doprowadziło to do opóźnienia w dostarczeniu noty Cordellowi Hullowi (który co istotne znał już jej treść). Hull przyjął ambasadorów dopiero o 14:20, gdy bomby spadały już na Pearl Harbor i skwitował ich wyjaśnienia stwierdzeniem:
„W ciągu pięćdziesięciu lat mojej służby publicznej nigdy nie widziałem dokumentu, który byłby tak przepełniony haniebnymi kłamstwami i przekłamaniami – haniebnymi kłamstwami i przekłamaniami na tak ogromną skalę, że do dziś nie wyobrażałem sobie, aby jakikolwiek rząd na tej planecie był w stanie je wypowiedzieć.”

Nieco wcześniej, na Pacyfiku, około 440 km na północ od wyspy O’ahu, na pokładach sześciu japońskich lotniskowców przygotowywano się do ataku. O godzinie 06:00 czasu hawajskiego, admirał Nagumo dał sygnał do startu pierwszej fali samolotów. 183 samoloty – myśliwce Mitsubishi A6M Zero, bombowce nurkujące Aichi D3A Val oraz bombowce Nakajima B5N Kate – wzbiły się w powietrze, formując szyk bojowy pod osobistym dowództwem komandora Mitsuo Fuchidy.
O 06:37 obserwatorzy na amerykańskim niszczycielu USS Ward, patrolującym wejście do portu w Pearl Harbor zauważyli peryskop i kiosk japońskiego miniaturowego okrętu podwodnego, który próbował wślizgnąć się do portu tuż za rufą okrętu transportowego USS Antares. Amerykański okręt czekał wówczas na otwarcie sieci przeciw okrętom podwodnym, chroniących wejście do portu. Załoga niszczyciela natychmiast rozpoczęła przygotowania do ataku i o godzinie 06:45 otwarto ogień z dział pokładowych kalibru 102 mm. Pierwszy pocisk chybił, ale drugi, wystrzelony z działa dziobowego numer 1, trafił bezpośrednio w podstawę kiosku japońskiej jednostki. Był to pierwszy amerykański strzał w wojnie na Pacyfiku. Natychmiast po trafieniu, USS Ward przeszedł nad zanurzającym się celem, zrzucając serię bomb głębinowych, które eksplodowały tuż obok okrętu podwodnego, rozrywając jego kadłub i posyłając go na dno wraz z załogą. Tym samym, paradoksalnie to Amerykanie oddali pierwsze strzały w wojnie z Japonią, ale nie miało to żadnego znaczenia dyplomatycznego.
O godzinie 06:53, dowódca USS Ward, porucznik Outerbridge wysłał kodowany, pilny meldunek radiowy do Kwatery Głównej 14. Dystryktu Morskiego, podległej kontradmirałowi Claude’owi C. Blochowi. Treść meldunku brzmiała:
„Zaatakowaliśmy, ostrzelaliśmy i obrzuciliśmy bombami głębinowymi okręt podwodny operujący w defensywnej strefie morskiej.”

Meldunek ten, który powinien natychmiast postawić całą bazę w stan najwyższej gotowości bojowej, utknął jednak w biurokratycznej machinie. Po pierwsze, wiadomość musiała zostać przyjęta, zdekodowana i przeanalizowana przez oficera dyżurnego, porucznika Harolda Kaminskiego. Po drugie, w sztabie zapanował sceptycyzm. Fałszywe alarmy o „peryskopach” były stosunkowo częste, a oficerowie dyżurni, działający w mentalności pokojowej, nie byli w stanie wyobrazić sobie, że japoński okręt podwodny faktycznie znajduje się u bram portu. Ponadto uznano, że młody dowódca, który dopiero co objął swoje stanowisko na pokładzie USS Ward po prostu był nadgorliwy i popełnił błąd.
Zamiast natychmiast ogłosić alarm, próbowano bezskutecznie uzyskać dalsze potwierdzenie od USS Ward. Meldunek był przekazywany powoli w górę łańcucha dowodzenia, tracąc po drodze swój status absolutnego priorytetu. Dotarł on na biurko admirała Kimmela dopiero około 07:15. Sam Kimmel, poinformowany o zdarzeniu, stwierdził, że zaczeka na potwierdzenie doniesień, zanim podejmie drastyczne kroki. Tym samym, Amerykanie stracili bezcenną godzinę, w trakcie której mogli przygotować się do obrony.
W międzyczasie, o 07:02, dwaj operatorzy stacji radarowej Opana Point, szeregowi Joseph Lockard i George Elliot, wykryli na ekranie gigantyczną formację lotniczą nadlatującą z północy. Jednak oficer dyżurny, porucznik Kermit Tyler, zbył ich raport, zakładając, że to oczekiwany przylot bombowców B-17 z kontynentu, które miały wzmocnić obronę wyspy i pomóc w prowadzenie lotów rozpoznawczych. Co istotne, zamiast kontynuować obserwację, kazał im „nie martwić się o to”. Tym samym zignorowano kolejny sygnał o nadchodzącym ataku.

Atak na Pearl Harbor
Początek nalotu
O godzinie 07:48 czasu hawajskiego, komandor Mitsuo Fuchida, lecąc na czele swojej formacji, dotarł nad cel. Ku jego zdumieniu, baza była całkowicie nieprzygotowana do obrony. W porcie spokojnie stały zacumowane okręty a na lotniskach wciąż stały rzędy samolotów. Widząc, że zaskoczenie jest absolutne, o 07:53 nadał historyczny sygnał kodowy do admirała Nagumo: „Tora! Tora! Tora!” (Tygrys! Tygrys! Tygrys!), co oznaczało, że udało się osiągnąć pełne zaskoczenie.
Pierwsza fala samolotów podzieliła się na grupy uderzeniowe. Samoloty torpedowe Kate, dowodzone przez komandora Murata, zeszły nisko nad wodę, by zaatakować „Aleję Pancerników”. Bombowce nurkujące Val uderzyły na lotniska Wheeler Field i Hickam Field oraz na stację lotnictwa morskiego na Wyspie Ford. Pozostała część bombowców, prowadzona osobiście przez Fuchidę, również obrała za cel pancerniki. Równocześnie myśliwce Zero przejęły całkowitą kontrolę w powietrzu, niszcząc bezbronne, ustawione skrzydło przy skrzydle amerykańskie maszyny na ziemi.
Reakcja Amerykanów na atak była mieszanką całkowitego chaosu, niedowierzania i indywidualnego bohaterstwa. Pierwsze bomby spadające na Wyspę Ford o 07:48 wielu marynarzy wzięło za przypadkową eksplozję lub ćwiczenia. Dopiero widok samolotów z czerwonymi kołami Hinomaru na skrzydłach uświadomił wszystkim prawdę. O godzinie 07:58 z Wyspy Ford nadano historyczny, lakoniczny komunikat radiowy: „Air raid Pearl Harbor. This is not drill.” (pol. Nalot na Pearl Harbor. To nie są ćwiczenia).

Na okrętach i stanowiskach lądowych zapanował chaos. Żołnierze obsługujące działa przeciwlotnicze musieli wyważać drzwi i forsować zamki, by dostać się do skrzyń z amunicją. Całkowicie nieprzygotowane, a w niektórych przypadkach dosłownie wyrwane ze snu załogi okrętów również musiały odnaleźć się w sytuacji i zrozumieć co się dzieje. Zanim to nastąpiło, japońskie samoloty zaczęły systematycznie atakować kolejne cele, jeszcze bardziej szerząc panikę i chaos. Mimo to, w miarę upływu czasu, ogień przeciwlotniczy gęstniał. Załogi, często w piżamach lub strojach galowych przygotowanych do inspekcji, obsadzały działka i karabiny maszynowe, strzelając do japońskich maszyn z rosnącą intensywnością.
Najbardziej druzgocący cios spadł na „Aleję Pancerników” – rząd ośmiu okrętów liniowych zacumowanych parami wzdłuż wschodniego brzegu Wyspy Ford. To tutaj rozegrał się największy dramat ataku. Symbolem tragedii stał się pancernik USS Arizona. Około godziny 08:10 bomba przeciwpancerna o wadze 800 kg zrzucona z dużej wysokości przez bombowiec Kate, przebiła pokład pancernika w pobliżu wieży nr 2. Bomba zdetonowała w rejonie przednich magazynów amunicyjnych, wywołując gigantyczną eksplozję, która dosłownie rozerwała okręt na dwie części i doprowadziła do śmierci 1177 członków jego załogi, w tym dowódców okrętu, kapitana Franklina Van Valkenburgha i kontradmirała Isaaca C. Kidda (pierwszego amerykańskiego admirała, który poległ podczas II wojny światowej). Płonący wrak osiadł na dnie w ciągu kilku minut.
Tuż obok, USS Oklahoma padła ofiarą zmasowanego ataku torpedowego. Trafiony nawet dziewięcioma torpedami w ciągu kilku pierwszych minut ataku, okręt stracił stabilność i przewrócił się do góry dnem, ponad 450 marynarzy zostało uwięzionych pod pokładem. USS West Virginia, trafiona co najmniej siedmioma torpedami i dwiema bombami, zatonęła na równej stępce, uratowana przed przewróceniem się dzięki podjętym w porę działaniom załogi, która celowo zalewała przeciwległe przedziały. USS California, trafiona dwiema torpedami, powoli nabierała wody i również osiadła na dnie. Jedynym pancernikiem, który próbował podjąć walkę i wyjść z portu, był USS Nevada. Jej załoga zdołała uruchomić maszyny, jednak płynący okręt stał się natychmiast celem dla japońskich bombowców drugiej fali, które chciały zatopić go w wąskim wyjściu z portu, blokując całą bazę. Ciężko uszkodzona, USS Nevada została celowo osadzony na mieliźnie przy Hospital Point.

Japońskie samoloty nie oszczędziły również mniejszych jednostek, zarówno bojowych jak i pomocniczych. Praktycznie wszystkie okręty w Pearl Harbor stały się celami mniejszych bądź większych ataków. Nie były one jednak celami priorytetowymi, ponieważ dla japońskiej floty najważniejsze było wyeliminowanie okrętów liniowych i lotniskowców.
Walki w powietrzu i druga fala ataku
Obrona z powietrza praktycznie nie istniała, gdyż większość amerykańskich samolotów została zniszczona na ziemi w pierwszych minutach ataku. Tylko około 25 pilotów zdołało dotrzeć do swoich maszyn i próbowało podjąć walkę. Najsłynniejszymi z nich byli porucznicy Kenneth Taylor i George Welch z 47. Eskadry Myśliwskiej. Stacjonowali oni na drugorzędnym lotnisku Haleiwa Field, które nie było celem nalotu. Słysząc odgłosy ataku, wsiedli do samochodu, pojechali na lotnisko i wystartowali swoimi myśliwcami Curtiss P-40 Warhawk, kierując się w stronę Pearl Harbor. W trakcie dwóch lotów (musieli lądować na tankowanie i uzupełnienie amunicji Taylor i Welch stoczyli liczne walki, zgłaszając zestrzelenie łącznie 6 japońskich samolotów (choć dokładna liczba jest sporna). Ich desperacki kontratak był jedynym przejawem zorganizowanej amerykańskiej obrony powietrznej tego dnia. Wpływ pozostałych pilotów na przebieg ataku był niezauważalny.
W powietrzu pojawiło się jednak 12 innych maszyn. Były to spodziewane bombowce B-17, które dotarły na O’ahu około godziny 08:00. Z racji tego, że maszyny leciały z Kalifornii, samoloty nie posiadały uzbrojenia i amunicji, aby zmniejszyć zużycie paliwa. Bombowce zostały natychmiast zaatakowane przez japońskie samoloty oraz… amerykańską obronę przeciwlotniczą. Na szczęście mimo panującego ataku, zginął tylko jeden członek załogi z jednego B-17. Większość maszyn została jednak uszkodzona, lub zniszczona po wylądowaniu.

W międzyczasie, z japońskich lotniskowców wystartowała druga fala 171 samolotów pod dowództwem komandora Shigekazu Shimazaki, która doleciała około 08:54. Zanim maszyny rozpoczęły atak, nastąpiła krótka przerwa, którą obrona przeciwlotnicza wykorzystała do przygotowania do walki. Tym razem Japończycy napotkali znacznie silniejszy, choć wciąż chaotyczny, ogień przeciwlotniczy. Ponadto gęsty dym z płonących okrętów i ropy utrudniał ataki. Samoloty drugiej fali miały za zadanie „dobijanie” uszkodzonych jednostek oraz atakowanie celów, które umknęły pierwszej fali – głównie krążowników, niszczycieli oraz infrastruktury portowej i lotniskowej, jak hangary w Hickam Field czy stacja lotnicza w Kaneohe Bay. Atak drugiej fali zakończył się około 09:45. Komandor Fuchida cały czas krążył nad płonącą bazą, oceniając zniszczenia, po czym jako jeden z ostatnich zawrócił w kierunku lotniskowców. Około 10:00 nad Pearl Harbor zapadła względna cisza, przerywana jedynie hukiem eksplozji wtórnych i krzykami rannych. Cały atak trwał niespełna dwie godziny.
Wiceadmirał Nagumo mając wiedzę, że nie ma w Pearl Harbor lotniskowców, zrezygnował z trzeciej fali ataku, chociaż jego podwładni nalegali, aby wysłać samoloty w celu zniszczenia infrastruktury portowej, co jeszcze bardziej ograniczyłoby możliwości wykorzystania bazy. Nagumo obawiał się jednak, że brakujące lotniskowce są gdzieś w pobliżu, a ich załogi dokonają ataku na jego zgrupowanie, pozbawione osłony myśliwców. Gdy wszystkie japońskie samoloty, zespół zawrócił, aby jak najszybciej oddalić się od Hawajów.
Miniaturowe okrety podwodne
Równolegle z atakiem z powietrza, Japończycy przeprowadzili tajną i ryzykowną operację podwodną. Pięć miniaturowych okrętów podwodnych typu Ko-hyoteki, każdy z dwuosobową załogą i uzbrojony w dwie torpedy, zostało przetransportowanych w pobliże Hawajów na pokładach dużych okrętów podwodnych I-16, I-18, I-20, I-22 oraz I-24. Ich misją było wpłynięcie do portu przed nalotem i zaatakowanie pancerników od wewnątrz. Operacja ta zakończyła się całkowitym fiaskiem i była najgorzej przeprowadzoną częścią japońskiego planu. Pierwszy z okrętów został wykryty i zatopiony przez niszczyciel USS Ward. Drugi został wykryty już wewnątrz portu przez niszczyciel USS Monaghan, który staranował go i zatopił bombami głębinowymi.

Los pozostałych trzech również był tragiczny. Jeden prawdopodobnie utknął na mieliźnie, próbując wejść do portu, a jego załoga zginęła. Czwarty zdołał wystrzelić swoje torpedy (prawdopodobnie w kierunku krążownika USS St. Louis lub niszczyciela USS Helm, ale obie chybiły), po czym został zniszczony. Piąty okręt, dowodzony przez podporucznika Kazuo Sakamaki, z powodu awarii żyrokompasu utknął na rafie koralowej przy plaży Waimanalo na wschodnim wybrzeżu O’ahu. Sakamaki próbował wysadzić jednostkę, ale ładunki nie zadziałały. Został wyrzucony na brzeg, gdzie następnego dnia schwytano go jako pierwszego japońskiego jeńca wojennego w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie, żaden z pięciu miniaturowych okrętów podwodnych nie zadał Amerykanom żadnych strat.
Skutki ataku
Straty amerykańskie
Bilans ataku z 7 grudnia 1941 roku był dla Stanów Zjednoczonych porażający, stanowiąc najdotkliwszy cios militarny, jaki kraj ten otrzymał w swojej dotychczasowej historii. W ciągu niespełna dwóch godzin Cesarska Marynarka Wojenna Japonii zdewastowała trzon amerykańskiej Floty Pacyfiku. Straty ludzkie po stronie amerykańskiej były tragiczne: zginęło łącznie 2403 obywateli USA, w tym 2008 marynarzy, 109 żołnierzy piechoty morskiej, 218 żołnierzy Armii oraz 68 cywilów. Rannych zostało kolejnych 1178 osób. Największą pojedynczą tragedią była śmierć 1177 członków załogi pancernika USS Arizona.
Straty materialne były równie katastrofalne. Z 8 pancerników obecnych w porcie, 4 zostały zatopione lub osiadły na dnie (USS Arizona, USS Oklahoma, USS West Virginia, USS California), a pozostałe cztery odniosły różnego stopnia uszkodzenia. Zatopiony został także USS Utah (były pancernik, pełniący rolę okrętu-celu i jednostki szkoleniowej) oraz stawiacz min USS Oglala. Uszkodzenia odniosły również 3 krążowniki, 3 niszczyciele i wiele mniejszych jednostek.

Lotnictwo na wyspie O’ahu zostało zniszczone, zanim zdążyło poderwać się do walki: 188 samolotów zostało bezpowrotnie zniszczonych (głównie na ziemi), a 159 kolejnych ciężko uszkodzonych. Całkowity koszt materialny zniszczeń, obejmujący okręty, samoloty i infrastrukturę bazy (hangary, warsztaty, składy paliw), szacowany był na kwotę sięgającą od 500 mln do nawet 1 mld dolarów (współcześnie od 10,6 do 21,3 mld dolarów).
Kluczowym elementem analizy strat jest jednak fakt, że choć atak wyglądał na wyniszczający, płytkie wody Pearl Harbor (średnio 12-14 m) paradoksalnie uratowały większość zatopionych okrętów. W przeciwieństwie do bitwy na głębokim morzu, gdzie zatopione jednostki byłyby stracone na zawsze, większość okrętów osiadła na dnie, pozostawiając nadbudówki nad powierzchnią wody, co umożliwiło bezprecedensową operację ratowniczą i remontową. W jej trakcie podejmowano również próby uratowania marynarzy uwięzionych zwłaszcza wewnątrz USS Oklahoma. Uratowano 32 z nich, a 429 zginęło.
Choć Japończycy odnieśli spektakularne zwycięstwo taktyczne, nie udało im się zniszczyć amerykańskiej floty. Gigantyczny wysiłek amerykańskich nurków, inżynierów i stoczniowców sprawił, że sześć z ośmiu uszkodzonych pancerników powróciło do służby. Co więcej, ich powrót zbiegł się ze zmianą doktryny wojennej – odbudowane i zmodernizowane, stały się kluczowym wsparciem artyleryjskim dla operacji desantowych, podczas gdy główny ciężar wojny na Pacyfiku przejęły już lotniskowce, których Japończykom nie udało się zniszczyć w Pearl Harbor.

| Okręt | Typ | Uszkodzenia | Los |
| USS Arizona (BB-39) | Pancernik | Zniszczony (eksplozja magazynów), zatonął | Nie wydobyty; wrak pozostaje pomnikiem |
| USS Oklahoma (BB-37) | Pancernik | Zatopiony (przewrócił się stępką do góry) | Wydobyty (1943), uznany za stratę całkowitą; zatonął w drodze do stoczni złomowej (1947) |
| USS West Virginia (BB-48) | Pancernik | Zatopiony (osiadł na równej stępce) | Wydobyty, przeszedł kompletną modernizację, wrócił do służby w sierpniu 1944 roku |
| USS California (BB-44) | Pancernik | Zatopiony (osiadł na dnie) | Wydobyty, przeszedł kompletną modernizację, wrócił do służby w styczniu 1944 roku |
| USS Nevada (BB-36) | Pancernik | Ciężko uszkodzony | Podniesiony, naprawiony i zmodernizowany, wrócił do służby w październiku 1942 roku |
| USS Tennessee (BB-43) | Pancernik | Uszkodzony | Naprawiony i zmodernizowany, wrócił do służby już w lutym 1942 roku |
| USS Maryland (BB-46) | Pancernik | Lekko uszkodzony | Naprawiony, wrócił do służby już w lutym 1942 roku |
| USS Pennsylvania (BB-38) | Pancernik | Lekko uszkodzony (w suchym doku) | Naprawiony, wrócił do służby już w marcu 1942 roku |
| USS Utah (AG-16) | Okręt-cel (były pancernik) | Zatopiony | Nie wydobyty; wrak pozostaje pomnikiem |
| USS Oglala (CM-4) | Stawiacz min | Zatopiony | Wydobyty, naprawiony, przebudowany na okręt warsztatowy, wrócił do służby w lutym 1944 roku |
| USS Cassin (DD-372) | Niszczyciel | Zniszczony (w suchym doku) | Odbudowany (z wykorzystaniem maszynowni w nowym kadłubie), wrócił do służby w lutym 1944 roku |
| USS Downes (DD-375) | Niszczyciel | Zniszczony (w suchym doku) | Odbudowany (z wykorzystaniem maszynowni w nowym kadłubie), wrócił do służby w listopadzie 1943 roku |
| USS Shaw (DD-373) | Niszczyciel | Ciężko uszkodzony (eksplozja w pływającym doku) | Naprawiony (otrzymując nowy dziób), wrócił do służby w sierpniu 1942 roku |

Straty japońskie
O ile Amerykanie ponieśli bardzo duże straty, to straty japońskie były wręcz minimalne, co świadczy o znakomitym zaplanowaniu i wykonaniu operacji. Z ponad 400 samolotów przygotowanych do ataku, utracono zaledwie 29 maszyn (9 w pierwszej fali i 20 w drugiej), głównie z powodu gęstniejącego ognia przeciwlotniczego w późniejszej fazie ataku. Zginęło 55 japońskich lotników.
Wraz z załogami pięciu miniaturowych okrętów podwodnych, które utracono, Japończycy utracili zaledwie 64 żołnierzy (w tym 9 marynarzy z wspomnianych okrętów), a jeden marynarz – wspomniany Kazuo Sakamaki trafił do niewoli. Co istotne, Sakamaki będąc już w niewoli prosił o zgodę na popełnienie seppuku (samobójstwa), jednak odmówiono mu. Przeżył wojnę i powrócił do Japonii w 1946 roku. Ostatecznie zmarł w 1999 roku w wieku 81 lat. Co istotne, był jedynym japońskim marynarzem z załóg miniaturowych okrętów podwodnych, którego nie upamiętniono, a przez wiele lat zmagał się z ostracyzmem ze strony różnych osób, z powodu tego, że jako jedyny przeżył.
Skutki polityczne
Gdy wiadomość o ataku dotarła do Waszyngtonu, wywołała szok oraz falę niedowierzania, która szybko przerodziła się w narodową wściekłość. Zniknęły podziały polityczne, a potężny ruch izolacjonistyczny, symbolizowany przez komitet „America First”, rozpadł się dosłownie w ciągu jednej nocy i po kilku dniach został rozwiązany. Atak, przeprowadzony w praktyce bez formalnego wypowiedzenia wojny (z powodu opóźnień w dostarczeniu dokumentów), został powszechnie odebrany jako akt nikczemnej zdrady. Prezydent Franklin D. Roosevelt, który od miesięcy próbował przygotować kraj do wojny, zyskał nagle zjednoczony naród, gotowy do walki.

8 grudnia 1941 roku prezydent Roosevelt wystąpił przed połączonymi izbami Kongresu, wygłaszając jedno z najważniejszych przemówień w historii USA. W jego trakcie wezwał Kongres do przygotowania dokumentów w celu wypowiedzenia wojny Japonii. Swoje przemówienie rozpoczął od słów, które przeszły do historii:
„Wczoraj, 7 grudnia 1941 – w dniu, który okryje się hańbą – Stany Zjednoczone Ameryki zostały w nagły i celowy sposób zaatakowane przez siły morskie i powietrzne Cesarstwa Japonii”.
Przemówienie, transmitowane przez radio do milionów Amerykanów, nie było jedynie prośbą o wypowiedzenie wojny; było wezwaniem do boju, zdefiniowaniem konfliktu jako walki dobra ze złem i obietnicą „absolutnego zwycięstwa”. Reakcja Kongresu była natychmiastowa i niemal jednomyślna. W Senacie głosowanie za wypowiedzeniem wojny Japonii było jednogłośne (82-0). W Izbie Reprezentantów padł tylko jeden głos sprzeciwu (388-1). Tym jednym głosem „przeciw” była Jeannette Rankin, pacyfistka z Montany, która jako jedyna głosowała również przeciw przystąpieniu USA do I Wojny Światowej.
Ten symboliczny sprzeciw tylko podkreślił skalę narodowej jedności, jaką wywołał atak. Trzy dni później, 11 grudnia 1941 roku, nazistowskie Niemcy i Włochy, sojusznicy Japonii w ramach Paktu Trzech, również wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym, ostatecznie wciągając Amerykę w globalny konflikt na dwóch frontach.

Mobilizacja amerykańskiego przemysłu i społeczeństwa
Skutkiem ataku na Pearl Harbor, którego japońscy stratedzy kompletnie nie przewidzieli, była nie psychologiczna zapaść, lecz bezprecedensowa w historii świata mobilizacja potencjału gospodarczego i społecznego. Z dnia na dzień cały naród zjednoczył się wokół jednego celu: pokonania Osi. Już 8 grudnia przed biurami rekrutacyjnymi w całym kraju ustawiły się gigantyczne kolejki ochotników. Duch izolacjonizmu wyparował, zastąpiony przez patriotyczny zapał.
Jednak prawdziwą bronią, która miała wygrać wojnę, nie byli sami żołnierze, lecz amerykański przemysł. Prezydent Roosevelt powołał do życia agencje nadzorujące transformację gospodarki, w tym War Production Board (Radę ds. Produkcji Wojennej) utworzoną w styczniu 1942 roku. Cywilne fabryki w rekordowym tempie przestawiały produkcję. Zakłady samochodowe w Detroit zamiast aut zaczęły produkować czołgi, bombowce i silniki lotnicze; słynna fabryka Willow Run koncernu Ford w szczytowym momencie produkowała jednego bombowca Consolidated B-24 Liberator co godzinę. Stocznie, jak te należące do Henry’ego J. Kaisera, zaczęły masowo produkować statki transportowe typu Liberty, stosując techniki prefabrykacji, które skróciły czas budowy jednej jednostki z miesięcy do zaledwie kilkudziesięciu dni.
Już w 1942 roku produkcja wojenna USA przewyższyła produkcję Niemiec, a w 1944 roku Stany Zjednoczone produkowały więcej sprzętu wojskowego niż wszystkie państwa Osi i pozostali Alianci razem wzięci. Ten „cud produkcyjny”, sfinansowany gigantycznym wzrostem długu publicznego i napędzany pracą milionów Amerykanów był bezpośrednią odpowiedzią na Pearl Harbor. Atak, który miał dać Japonii sześć miesięcy wolnej ręki, w rzeczywistości uruchomił proces, który nieuchronnie prowadził do jej całkowitej klęski.

Kontrowersje
Skala katastrofy z 7 grudnia 1941 roku oraz fakt, że atak ten natychmiast rozwiązał problem amerykańskiego izolacjonizmu, stały się pożywką dla jednej z najbardziej znanych teorii spiskowych II Wojny Światowej: tezy, że prezydent Franklin D. Roosevelt wiedział o zbliżającym się ataku i celowo do niego dopuścił. Teoria ta zakłada, że Roosevelt, nie mogąc przekonać społeczeństwa do wojny z Hitlerem, sprowokował Japonię i poświęcił Flotę Pacyfiku, aby uzyskać casus belli i wejść do wojny „tylnymi drzwiami”.
Zwolennicy tej tezy, tacy jak Robert Stinnett (autor kontrowersyjnej książki „Dzień Oszustwa”), wskazują na szereg poszlak: przechwytywane przez „Magic” japońskie depesze dyplomatyczne, które miały dowodzić, że wojna jest nieunikniona; serię zignorowanych ostrzeżeń w ostatnich godzinach (jak zatopienie okrętu podwodnego przez USS Ward czy meldunek z radaru Opana Point); oraz, co kluczowe, „szczęśliwy” brak w porcie trzech amerykańskich lotniskowców, czyli najcenniejszych jednostek floty.
Jednak przytłaczająca większość historyków i analityków wojskowych odrzuca tę teorię jako pozbawioną dowodów i logiki. Po pierwsze, o ile wywiad „Magic” faktycznie ujawniał, że wojna jest nieuchronna, o tyle wszystkie zdobyte informacje wskazywały na atak w Azji Południowo-Wschodniej – na Filipiny, Malaje czy Holenderskie Indie Wschodnie. Japońska flota uderzeniowa Kido Butai zachowywała absolutną ciszę radiową i korzystała z szyfrów operacyjnych, których Amerykanie nie byli wówczas w stanie odczytywać w czasie rzeczywistym. Nikt w Waszyngtonie nie wiedział, gdzie jest sześć japońskich lotniskowców.

Po drugie, absencja lotniskowców była czystym przypadkiem, a nie zaplanowaną akcją. Poświęcenie ośmiu pancerników, stanowiących trzon floty US Navy, oraz życia 2404 żołnierzy i cywilów, byłoby politycznym i strategicznym samobójstwem o niewyobrażalnym ryzyku dla Roosevelta. Owszem, prowadził on politykę konfrontacyjną wobec Japonii i pragnął wejścia USA do wojny przeciw Niemcom, ale katastrofa w Pearl Harbor była wynikiem japońskiego geniuszu operacyjnego oraz licznych amerykańskich błędów, systemowej arogancji i fatalnego zbiegu okoliczności, a nie spisku.
Co by było gdyby?
Analizując wydarzenia z 7 grudnia, historycy często zadają pytanie: co stałoby się, gdyby ostrzeżenia dotarły do admirała Kimmela na czas? Co, gdyby meldunek z USS Ward lub dane z radaru Opana Point zostały potraktowane poważnie, a amerykańska flota liniowa, zamiast tkwić bezbronnie w porcie, wyszła na otwarte morze, by stawić czoła Admirałowi Nagumo?
Taki scenariusz, choć na pierwszy rzut oka wydaje się szansą na uniknięcie katastrofy, z niemal absolutną pewnością doprowadziłby do tragedii o znacznie większej skali. Był to zresztą scenariusz, którego Isoroku Yamamoto obawiał się najbardziej – bitwa na otwartym morzu mogłaby zniweczyć jego plan. Jednakże w grudniu 1941 roku amerykańska Flota Pacyfiku była doktrynalnie i technicznie nieprzygotowana do starcia z Kido Butai. Trzon sił Kimmela stanowiło osiem powolnych pancerników, zaprojektowanych do walki artyleryjskiej, a nie do operowania w erze dominacji lotnictwa morskiego.

Gdyby te okręty wypłynęły, by szukać japońskiej floty, starcie na otwartym oceanie byłoby ich egzekucją. Bez osłony własnych lotniskowców (które i tak były daleko), stałyby się idealnym celem dla doskonale wyszkolonych załóg japońskich samolotów. Myśliwce A6M Zero górowały w tym czasie nad większością amerykańskich myśliwców pokładowych oraz lądowych, operujących z baz na Hawajach. W związku z tym zapewniłyby one pełne panowanie w powietrzu, dzięki czemu bombowce nurkujące i torpedowe mogłyby bez problemu zniszczyć powolne i wyposażone w stosunkowo słabe uzbrojenie przeciwlotnicze amerykańskie okręty liniowe.
W przeciwieństwie do płytkich wód Pearl Harbor, gdzie większość zatopionych jednostek można było później wydobyć i naprawić, okręty zatopione na głębokim oceanie byłyby stracone na zawsze, pociągając za sobą na dno tysiące dodatkowych marynarzy. Paradoksalnie, katastrofa w Pearl Harbor, zmuszając US Navy do oparcia całej swojej strategii na Pacyfiku na lotniskowcach (bo tylko one ocalały), gwałtownie przyspieszyła rewolucję w myśleniu strategicznym. To właśnie ten przymusowy zwrot ku lotniskowcom, a nie pancernikom, stał się kluczem do późniejszego zwycięstwa w bitwie o Midway.
Podsumowanie
Choć atak na Pearl Harbor był z taktycznego punktu widzenia oszałamiającym sukcesem, jego strategiczny architekt, admirał Isoroku Yamamoto, nie świętował. Według relacji świadków, gdy jego oficerowie na pokładzie flagowego pancernika Nagato wiwatowali na wieść o zniszczeniu „Alei Pancerników”, Yamamoto miał powiedzieć:
„Obawiam się, że wszystko, czego dokonaliśmy, to obudzenie śpiącego olbrzyma i napełnienie go straszliwą żądzą zemsty”.

to obudzenie śpiącego olbrzyma
i napełnienie go straszliwą żądzą zemsty.”
– Isoroku Yamamoto
Choć autentyczność tego konkretnego cytatu jest kwestionowana i prawdopodobnie został on spopularyzowany przez późniejsze filmy wojenne, doskonale oddaje on strategiczne obawy Yamamoto, które wyrażał w swoich listach i dziennikach. Znakomicie rozumiał on jak nikt inny w japońskim dowództwie gigantyczny, uśpiony potencjał przemysłowy Stanów Zjednoczonych. Wiedział, że Japonia mogła wygrać bitwę, ale właśnie przegrała wojnę.
Atak, który miał złamać amerykańską wolę walki i zmusić Waszyngton do negocjacji, przyniósł skutek całkowicie odwrotny: zjednoczył podzielony naród w powszechnej wściekłości i pragnieniu bezwarunkowej kapitulacji wroga. Pearl Harbor nie sparaliżowało Ameryki, tylko dało jej moralną siłę i polityczny konsensus do prowadzenia wojny totalnej, uruchamiając „arsenał demokracji”, którego skali japońscy planiści nie byli w stanie sobie wyobrazić.
Rajd Doolittle’a
Mimo wszystko, w pierwszych miesiącach po 7 grudnia 1941 roku sytuacja Aliantów na Pacyfiku była katastrofalna. Japonia, korzystając z neutralizacji Floty Pacyfiku, rozpoczęła błyskawiczną ofensywę, zajmując Filipiny, Malaje, Singapur, Holenderskie Indie Wschodnie i Birmę, docierając aż do granic Australii i Indii. Amerykańskie społeczeństwo, wstrząśnięte serią klęsk (upadek Wake i Guam), desperacko potrzebowało moralnego zwycięstwa i symbolicznego odwetu za „dzień hańby”.

W odpowiedzi na tę potrzebę, administracja prezydenta Roosevelta zaaprobowała jeden z najbardziej brawurowych i ryzykownych rajdów w historii lotnictwa. 18 kwietnia 1942 roku, zaledwie cztery miesiące po Pearl Harbor, 16 średnich bombowców lądowych North American B-25 Mitchell, dowodzonych przez podpułkownika Jamesa „Jimmy’ego” Doolittle’a, wystartowało z pokładu lotniskowca USS Hornet.
Celem rajdu było Tokio i inne japońskie miasta. Z militarnego punktu widzenia zniszczenia były minimalne – rajd był ukłuciem szpilką, a nie strategicznym ciosem. Jednak jego znaczenie psychologiczne i moralne było nie do przecenienia. Po pierwsze, Amerykanie udowodnili, że japońska ojczyzna, uważana dotąd za nietykalną i „chronioną przez boską interwencję”, jest w zasięgu ich bombowców. Po drugie, rajd podniósł na duchu amerykańskie społeczeństwo i sojuszników, pokazując, że USA przeszły do ofensywy.
Co najważniejsze, rajd Doolittle’a miał nieprzewidziane skutki strategiczne: upokorzone japońskie dowództwo marynarki, a zwłaszcza admirał Yamamoto, postanowiło za wszelką cenę zniszczyć amerykańskie lotniskowce, które ośmieliły się zagrozić stolicy. Ta obsesja doprowadziła ich wprost do zastawienia pułapki pod Midway, która miała okazać się ich własną zgubą.

Bitwa pod Midway
Atak na Pearl Harbor, choć niszczycielski, nie zniszczył amerykańskich lotniskowców. To właśnie lotniskowce, a nie pancerniki, stały się tym samym trzonem floty, która powstrzymała japońską ekspansję. Drugim kluczowym, choć niezamierzonym, skutkiem ataku na Pearl Harbor było uderzenie w amerykański wywiad. Katastrofa z 7 grudnia wymusiła radykalną reformę i intensyfikację działań kryptologicznych. Zespół Josepha Rocheforta z jednostki HYPO na Hawajach, pracując dzień i noc, dokonał niemal niemożliwego: częściowo złamał japoński szyfr operacyjny JN-25. To właśnie ten sukces wywiadowczy pozwolił Amerykanom poznać prawdziwy cel następnej wielkiej operacji Yamamoto – atol Midway.
W czerwcu 1942 roku, niespełna pół roku po Pearl Harbor, admirał Chester Nimitz (który zastąpił zdymisjonowanego Kimmela) mógł zastawić własną pułapkę. Znając japońskie plany, skoncentrował swoje trzy ocalałe lotniskowce (Enterprise, Hornet i naprawiony po bitwie na Morzu Koralowym USS Yorktown) i uderzył na siły admirała Nagumo w momencie, gdy japońskie samoloty tankowały i przezbrajały się po ataku na wyspę. W ciągu zaledwie pięciu minut amerykańskie bombowce nurkujące zamieniły trzy japońskie lotniskowce – Akagi, Kaga i Soryu – w płonące wraki. Czwarty, Hiryu, został zniszczony kilka godzin później. Japonia straciła cztery ze swoich sześciu głównych lotniskowców, które pół roku wcześniej zaatakowały Pearl Harbor, wraz z setkami elitarnych, niezastąpionych pilotów. Bitwa o Midway była absolutnym punktem zwrotnym wojny na Pacyfiku. Odwróciła losy wojny i była bezpośrednim skutkiem strategicznych błędów popełnionych przez Japonię 7 grudnia 1941 roku.

Paniczny strach przed inwazją
Jednym ze skutków ataku na Pearl Harbor, który z perspektywy czasu wydaje się wręcz śmieszny (za sprawą np. komedii „1941”), ale w 1941 i 1942 roku miał olbrzymi wpływ na Stany Zjednoczone, był paniczny strach przed japońską inwazją na zachodnie wybrzeże USA. Dla milionów Amerykanów w Kalifornii, Oregonie i Waszyngtonie, Pacyfik przestał być bezpieczną, oceaniczną barierą, a stał się otwartą autostradą dla japońskiej floty. Skoro Japończycy mogli bezkarnie zaatakować bazę na Hawajach, oddaloną o ponad 3800 km od wybrzeża USA, to co stało na przeszkodzie, by w następnej kolejności uderzyć w stocznie w San Francisco, bazy marynarki w San Diego czy fabryki lotnicze w Los Angeles? Ta groźba natychmiast pogrążyła region w stanie psychozy wojennej. Sensacyjne doniesienia prasowe, plotki o flotach inwazyjnych i wszechobecny strach przed sabotażystami doprowadziły do stanu zbiorowej histerii, która miała tragiczne konsekwencje zarówno dla obrony cywilnej, jak i dla praw obywatelskich.
Natychmiastową reakcją władz cywilnych i wojskowych było wprowadzenie drakońskich środków bezpieczeństwa. Wzdłuż całego wybrzeża wprowadzono obowiązkowe zaciemnienie, a syreny przeciwlotnicze, dotąd używane tylko do ćwiczeń, zaczęły wyć z niepokojącą regularnością, często uruchamiane przez nerwowych obserwatorów biorących stado ptaków lub samolot pasażerski za wrogą formację. Western Defense Command kierowane przez generała Johna L. DeWitta, działało w stanie oblężenia. DeWitt, człowiek głęboko przekonany o nieuchronności japońskiej inwazji i paranoicznie obawiający się sabotażu, zalewał Waszyngton alarmistycznymi raportami. Już w nocy z 8 na 9 grudnia fałszywy alarm o wrogiej flocie lotniskowców 50 km od San Francisco postawił całą Zatokę w stan najwyższej gotowości, choć okazał się całkowicie bezpodstawny. Ta mieszanka strachu i niekompetencji osiągnęła swoje apogeum pod koniec lutego 1942 roku.
Kulminacją tej zbiorowej paniki była niesławna „Bitwa o Los Angeles” w nocy z 24 na 25 lutego 1942 roku. Napięcie było wówczas ekstremalne – zaledwie dwa dni wcześniej japoński okręt podwodny I-17 wynurzył się i ostrzelał pole naftowe Ellwood w pobliżu Santa Barbara, co, choć militarnie nie miało znaczenia (uszkodzenia wyceniono na około 500 dolarów), miało gigantyczny efekt psychologiczny, dowodząc, że wróg jest u bram.

Wczesnym rankiem 25 lutego nad Los Angeles rozbrzmiały syreny alarmowe, uruchomione po rzekomym wykryciu przez radar niezidentyfikowanych obiektów powietrznych. W panice, baterie przeciwlotnicze 37. Brygady Artylerii Wybrzeża otworzyły ogień. Przez ponad godzinę w niebo nad pogrążonym w mroku miastem wystrzelono ponad 1400 pocisków przeciwlotniczych, a potężne reflektory przeciwlotnicze przeczesywały niebo w poszukiwaniu wroga. Kiedy opadł dym, okazało się, że nie zestrzelono żadnego wrogiego samolotu, ponieważ… żadnego tam nie było – cały incydent był prawdopodobnie wywołany przez zabłąkany balon meteorologiczny. „Bitwa” miała jednak realne ofiary: pięciu cywilów zginęło (trzy osoby w wypadkach samochodowych spowodowanych zaciemnieniem, dwie na atak serca).
Jednak najtragiczniejszą i najtrwalszą konsekwencją tej wywołanej przez Pearl Harbor paniki było znalezienie kozła ofiarnego. Strach przed inwazją i sabotażem został skierowany przeciwko ponad 110 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia (z których dwie trzecie były obywatelami USA urodzonymi na amerykańskiej ziemi). Generał DeWitt otwarcie raportował do Waszyngtonu, że „Japończyk to Japończyk” i że brak aktów sabotażu dowodzi, iż jest on planowany na później.
Mimo że ani FBI, ani Wywiad Marynarki Wojennej nie znalazły żadnych dowodów na nielojalność tej społeczności, presja polityczna i publiczna histeria doprowadziły Prezydenta Roosevelta do podpisania 19 lutego 1942 roku Rozporządzenia Wykonawczego 9066 (Executive Order 9066). Dokument ten dał armii prawo do masowego wysiedlenia i internowania całej populacji japońskiego pochodzenia z Zachodniego Wybrzeża w obozach w głębi lądu. W ten sposób strach, który rozpoczął się od bomb w Pearl Harbor, doprowadził do jednego z największych aktów pogwałcenia praw obywatelskich w historii Stanów Zjednoczonych.

Droga do końca wojny
Można śmiało powiedzieć, że atak na Pearl Harbor przypieczętował los państwOsi i doprowadził do zwycięstwa Aliantów, chociaż w grudniu 1941 roku nikt nie był tego świadomy. Kolejne sukcesy Japonii na Pacyfiku i ciągłe zwycięstwa III Rzeszy w Europie nie zwiastowały, że szala zwycięstwa przechyli się na stronę Aliantów.
Zaślepieni przez swoje sukcesy przywódcy państw Osi liczyli na zbliżające się zwycięstwo, nie zdając sobie sprawy z tego, że oddalone od głównych teatrów działań Stany Zjednoczone są potęgą, której nie da się pokonać. Zdeterminowani do walki Amerykanie okazali się siłą, która odwróciła losy wojny na wszystkich frontach – bezpośrednio przez działania amerykańskich żołnierzy jak i pośrednio przez potęgę amerykańskiego przemysłu.
Musiało jednak minąć kilka długich i krwawych lat, zanim potencjał „śpiącego olbrzyma” dosłownie zdusił państwa Osi. Ostatecznym ciosem, który potwierdził potęgę Stanów Zjednoczonych i równocześnie zdefiniował dalszą historię świata było zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w Japonii w 1945 roku, poprzedzone licznymi i wyjątkowo niszczycielskimi nalotami konwencjonalnymi, które obróciły w gruzy wiele japońskich miast.
Pearl Harbor w filmach
Ze względu na swoje znaczenie dla amerykańskiej historii jak i również współczesnej tożsamości narodowej, atak na Pearl Harbor stał się wyjątkowo popularny w filmach, książkach i innych dziełach. Szczególną popularność zyskały dwa filmy. Tora, Tora, Tora z 1970 roku oraz Pearl Harbor z 2001 roku. Pierwszy z filmów jest o tyle ciekawy, że współcześnie składa się z dwóch, kręconych oddzielnie części – japońskiej i amerykańskiej, które razem stworzyły dopiero docelowy film. Przedstawia on przygotowania do ataku, kwestie polityczne jak i sam przebieg ataku. Chociaż nie jest to produkcja pozbawiona błędów, jest to najwierniejszy historycznie film o ataku na Pearl Harbor, który mimo upływu lat trzyma się całkiem nieźle.
Drugi z filmów, Pearl Harbor opisywany jest często stwierdzeniem, że „w tym filmie są dwie kwestie zgadzające się z historią – że jest baza Pearl Harbor i że została zaatakowana”. Ta bardzo surowa ocena, chociaż jest zbyt surowa dla tego filmu, niestety ma sporo racji, ponieważ film ten zawiera bardzo wiele przekłamań historycznych i błędów, które sprawiają, że wypada on zdecydowanie gorzej od Tora, Tora, Tora.
Atak na Pearl Harbor został również przedstawiony w wielu innych filmach, ale już bardziej jako epizod – np. w filmie Midway z 2019 roku. Historia ataku stała się również elementem fabuły całkowicie fikcyjnego ale wręcz kultowego filmu Końcowe odliczanie z 1980 roku, który opowiada o współczesnym lotniskowcu, który… przeniósł się w czasie do 6 grudnia 1941 roku. Pośrednio z Pearl Harbor związany jest również film 1941 z 1979 roku. Chociaż jest to komedia, opowiada ona humorystycznie, ale też dosyć sugestywnie o panice, jaka zapanowała na Zachodnim Wybrzeżu po 7 grudnia 1941 roku.


Subskrybuj nasz newsletter!
Co tydzień, w naszym newsletterze, czeka na Ciebie podsumowanie najciekawszych artykułów, które opublikowaliśmy na SmartAge.pl. Czasem dorzucimy też coś ekstra, ale spokojnie, nie będziemy zasypywać Twojej skrzynki zbyt wieloma wiadomościami.

