Radziecki okręt podwodny K-27 (projektu 645) zbudowany w 1963 roku, był eksperymentalną jednostką testową, na której zainstalowano innowacyjne reaktory jądrowe chłodzone ciekłym metalem. Technologia ta choć ciekawa, była źródłem licznych problemów, przez które K-27 ostatecznie stał się po latach służby tykającą bombą leżącą na dnie Morza Karskiego. 

Geneza

Wprowadzenie w 1954 roku do służby USS Nautilus, pierwszego na świecie, amerykańskiego okrętu podwodnego wyposażonego w reaktor jądrowy, drastycznie zmieniło układ sił na światowych oceanach. Kolejnym krokiem US Navy było wprowadzenie do służby USS Seawolf w 1957 roku, który wykorzystywał eksperymentalny reaktor chłodzony ciekłym sodem, oferujący wyższą wydajność termiczną niż standardowe reaktory wodne ciśnieniowe (PWR).

K-3 Leninskij Komsomoł, pierwszy radziecki atomowy okręt podwodny
K-3 Leninskij Komsomoł, pierwszy radziecki atomowy okręt podwodny

Szybki postęp w rozwoju amerykańskich okrętów podwodnych wyposażonych w siłownie jądrowe sprawił, że w krótkim czasie, radziecka doktryna wojenna, oparta dotąd na masowym wykorzystaniu okrętów z napędem spalinowo-elektrycznym, stała się przestarzała. Konwencjonalne okręty podwodne nie były w stanie dorównać nowym okrętom z siłowniami jądrowymi pod względem możliwości prowadzenia długich patroli bojowych. ZSRR musiał natychmiast skrócić powstający dystans technologiczny. Pierwszy radziecki okręt podwodny z siłownią jądrową zbudowano w 1957 roku, jednak był to początek rozwoju tego typu jednostek w Związku Radzieckim.

Rada Ministrów ZSRR odblokowała równocześnie potężne fundusze badawcze, które pod koniec lat 50. przekraczały kwotę 2 mld rubli rocznie na same tylko programy napędów jądrowych. W biurach konstrukcyjnych zainicjowano równoległe prace nad wieloma typami reaktorów, nie zważając na początkowe koszty i ryzyko operacyjne. Analizując dostępne rozwiązania, radzieckie dowództwo uznało, że reaktory chłodzone ciekłym metalem – pomimo amerykańskich problemów z sodem – stanowią optymalną ścieżkę dla rozwoju radzieckich okrętów podwodnych.

Decyzja ta wynikała z zalet termodynamicznych tego rozwiązania. Ciekły metal charakteryzuje się doskonałą przewodnością cieplną i bardzo wysoką temperaturą wrzenia. Dzięki temu obieg pierwotny reaktora nie musiał pracować pod olbrzymim ciśnieniem, jak miało to miejsce w klasycznych reaktorach wodnych ciśnieniowych. Zastosowanie chłodziwa metalicznego pozwalało na drastyczne zmniejszenie masy i gabarytów całej siłowni przy jednoczesnym wzroście mocy systemu. Kompaktowy reaktor nie wymagał tak grubych osłon i ciężkich rurociągów, a przede wszystkim umożliwiał zaprojektowanie znacznie mniejszego kadłuba okrętu. To z kolei pozwalało na istotne zmniejszenie oporów hydrodynamicznych, dzięki czemu możliwe było osiągnięcie prędkości podwodnych przekraczających 30 węzłów.

Wymagało to jednak zastosowania chłodziwa mniej reaktywnego z parą i wodą w obiegu wtórnym niż sód, aby nie powtarzać amerykańskich problemów. To doprowadziło radzieckich fizyków do wyboru stopu bizmutu i ołowiu, który nie wywoływał wybuchowych reakcji chemicznych w przypadku ewentualnego rozszczelnienia wytwornicy pary. Ponadto, dzięki swojej wysokiej gęstości stanowił dodatkową, naturalną barierę osłabiającą promieniowanie przenikliwe z rdzenia.

Założenia Projektu 645

Zanim nowy typ reaktorów wszedłby do regularnej eksploatacji, należało go przetestować w praktyce. Zamiast jednak przerabiać istniejący okręt, postanowiono zaprojektować całkowicie nową, eksperymentalną jednostkę, określaną jako Projekt 645. Punktem wyjścia był Projekt 627 (w kodzie NATO: November), który stanowił pierwszą generację radzieckich okrętów podwodnych o napędzie nuklearnym. Dowództwo marynarki dostrzegło jednak jego mankamenty: duże gabaryty, nadmierną emisję hałasu z pomp chłodzących układu pierwotnego oraz stosunkowo niski współczynnik mocy do wyporności. Projekt 645 miał stanowić ewolucyjne rozwinięcie tego kadłuba, wyposażone w całkowicie nowy moduł napędowy.

Biuro Konstrukcyjne SKB-143 otrzymało wytyczne, według których nowa jednostka miała pełnić rolę eksperymentalnego okrętu myśliwskiego. Dzięki temu, nie tylko przetestowano by napęd, ale też zweryfikowano jego przydatność operacyjną. W związku z tym, poza testami napędu, jego głównym celem miało być śledzenie i eliminacja amerykańskich lotniskowcowych grup uderzeniowych oraz strategicznych okrętów podwodnych przenoszących pociski balistyczne. Wyliczono, że zastosowanie reaktorów na ciekły metal pozwalało na zmniejszenie rozmiarów przedziału reaktora o 30% w stosunku do Projektu 627, co bezpośrednio przekładało się na redukcję oporów hydrodynamicznych.

Założenia Projektu 645 wymuszały również daleko idącą automatyzację procesów w siłowni. Inżynierowie musieli zaprojektować układy zdolne do ciągłego monitorowania gęstości i temperatury płynnego metalu, aby zapobiec jego zastygnięciu w rurociągach, co od początku rodziło obawy o stabilność całego systemu w warunkach bojowych.

Zdjęcie opisywane w publikacjach jako K-27 (aczkolwiek prawdopodobnie to okręt projektu 627, bardzo podobny do K-27)
Zdjęcie opisywane w publikacjach jako K-27 (aczkolwiek prawdopodobnie to okręt projektu 627, bardzo podobny do K-27)

Konstrukcja i dane taktyczno-techniczne

Głównym konstruktorem Projektu 645 został A.K. Nazarow, stojący na czele leningradzkiego biura SKB-143. Zespół otrzymał priorytetowy dostęp do najnowocześniejszych materiałów, w tym nowo opracowanych stopów stali niskomagnetycznej AK-25, z których tłoczono wręgi i poszycie kadłuba sztywnego. Ze względu na eksperymentalny charakter okrętu, finalny koszt budowy jednostki oznaczonej jako K-27 przekroczył 150 mln rubli, co stanowiło trzykrotność wydatków ponoszonych na konwencjonalne okręty podwodne z tamtego okresu.

Budowę K-27 powierzono Stoczni nr 402, znanej jako Siewmasz, zlokalizowanej w Siewierodwińsku. Ze względu na specyfikę nowego napędu, zakład musiał przejść modernizację infrastruktury. Stoczniowcy mierzyli się z niespotykanymi dotąd wyzwaniami w dziedzinie spawania stopów o podwyższonej gęstości oraz instalacji rurociągów obiegu pierwotnego, które musiały być ogrzewane parą technologiczną na każdym etapie montażu, aby zapobiec zatykaniu się układu chłodzenia. Trzeba było zbudować specjalistyczną instalację brzegową do topienia i wtłaczania stopu bizmutowo-ołowianego do systemu chłodzenia reaktorów okrętowych. Cały proces objęty był ścisłą tajemnicą wojskową, co komplikowało wymianę informacji między metalurgami z instytutów badawczych a brygadami montażowymi pracującymi na pochylniach w Siewierodwińsku.

K-27 miał 109,8 m długości, 8,3  m szerokości i wyporność 3420 ton na powierzchni, oraz 4380 ton pod wodą. Okręt posiadał architekturę dwukadłubową, z kadłubem lekkim optymalizowanym pod kątem pływania w zanurzeniu. Okręt podzielono na dziewięć wodoszczelnych przedziałów. Zapas pływalności wynosił 31%, co teoretycznie pozwalało utrzymać jednostkę na powierzchni nawet po zalaniu dwóch dowolnych przedziałów. Maksymalna głębokość zanurzenia wynosiła 240 m, a głębokość testowa 300 m. Załoga okrętu składała się z 105 oficerów i marynarzy.

Zespół napędowy K-27 składał się z dwóch reaktorów jądrowych VT-1 o mocy cieplnej 73 MWt każdy. W połączeniu z turbinami parowymi, zapewniały one prędkość maksymalną 14,7 węzła na powierzchni i 30,2 węzła pod wodą. Chłodziwem obiegu pierwotnego reaktora był stop ołowiu i bizmutu, natomiast funkcję stałego moderatora w rdzeniu pełnił beryl. Stop ten charakteryzował się temperaturą topnienia na poziomie 125 °C, co oznaczało, że poniżej tej wartości stop krzepł, nieodwracalnie niszcząc rurociągi i pompy. Minimalna temperatura robocza systemu wynosiła zatem  140 °C, a w trybie pełnej mocy obieg osiągał temperaturę rzędu 440 °C. Praca z tym chłodziwem wymagała nieustannego podgrzewania obiegu pierwotnego za pomocą zewnętrznych źródeł pary (np. z instalacji portowych), gdy reaktor był wyłączony. Wyeliminowało to ryzyko eksplozji chemicznej w kontakcie z wodą (typowe dla sodu), ale wygenerowało nowy, zabójczy problem: podczas naświetlania neutronami bizmut przekształcał się w wysoce toksyczny i radioaktywny izotop polon-210.

Okręt podwodny K-27 projektu 645
Okręt podwodny K-27 projektu 645

Choć brak wysokiego ciśnienia w obiegu pierwotnym pozwolił na drastyczne odchudzenie samego reaktora, okręt wciąż wymagał potężnych osłon biologicznych. Aby zabezpieczyć załogę przed promieniowaniem gamma i emisją z polonu-210, przedział reaktora obudowano osłonami z ołowiu i stali o łącznej grubości przekraczającej 500 mm. Mimo to, przenikanie izotopów do atmosfery okrętu pozostawało stałym ryzykiem zawodowym, a mikropęknięcia w spawach rurociągów stawały się potencjalnym źródłem śmiertelnego skażenia wewnętrznego.

Uzbrojenie K-27 umieszczono wyłącznie w sekcji dziobowej. Składało się ono z ośmiu wyrzutni torpedowych kalibru 533 mm, wyposażonych w system szybkiego przeładowania. Zapas amunicji wynosił 20 torped, w tym warianty z głowicami jądrowymi przeznaczone do zwalczania dużych zgrupowań floty przeciwnika. Świadomość sytuacyjną zapewniał zaawansowany, aktywno-pasywny kompleks hydrolokacyjny MG-200 Arktika-M. Uzupełniały go pasywne stacje nasłuchowe (m.in. typu MG-10 Kola) oraz wyspecjalizowany sonar Pluton służący do wykrywania pól minowych. Dane z tych czujników trafiały bezpośrednio do zintegrowanego systemu kierowania ogniem o kryptonimie Tor.

Eksploatacja

Początek służby i pierwsze lata

Stępkę pod budowę K-27 położono 15 czerwca 1958 roku. Montaż poszczególnych sekcji opóźniał się z powodu trudności z dostawami zaworów odpornych na korozję wywoływaną przez ciekły metal. Wodowanie okrętu nastąpiło 1 kwietnia 1962 roku, po czym natychmiast rozpoczęto cykl testów na uwięzi oraz w basenie stoczniowym. Próby państwowe na otwartym morzu ruszyły jesienią. Zespoły inżynierów z Instytutu Fizyczno-Energetycznego (FEI) w Obnińsku osobiście nadzorowały rozruch reaktorów na pełnej mocy morskiej. Odnotowano wysoką dynamikę układu napędowego – reaktory VT-1 potrafiły zmieniać moc od poziomu minimalnego do maksimum w czasie znacznie krótszym niż klasyczne reaktory wodne ciśnieniowe, co dawało okrętowi doskonałe charakterystyki manewrowe. Po zakończeniu najważniejszych prób odbiorczych, K-27 został 30 października 1963 roku oficjalnie włączony w skład Floty Północnej z przydziałem do 17. Dywizji Okrętów Podwodnych stacjonującej w bazie Gremicha.

Aby udowodnić niezawodność nowej technologii, dowództwo zleciło przeprowadzenie testu wytrzymałości. 21 kwietnia 1964 roku okręt wyruszył w długi patrol oceaniczny. Jednostka przebywała w ciągłym zanurzeniu przez 51 dni, pokonując dystans 12 425 mil morskich, z czego znaczna część trasy przebiegała w strefie równikowej Atlantyku. Okręt powrócił do bazy 12 czerwca 1964 roku. Chociaż misja zakończyła się powodzeniem, inżynierowie nadzorujący jej przebieg odkryli postępującą degradację chłodziwa. Wewnątrz układu pierwotnego zaczęły tworzyć się tlenki ołowiu i bizmutu, które formowały twardy żużel na ściankach rurociągów i w kanałach przepływowych rdzenia. Układ oczyszczania ciekłego metalu ze stałych zanieczyszczeń tlenkowych okazał się wadliwy, a brak odpowiedniej kontroli nad zawartością tlenu w stopie prowadził do dławienia przepływu. Dowództwo Marynarki Wojennej ZSRR zignorowało jednak te wczesne symptomy zbliżającej się katastrofy, traktując je jako standardowe „choroby wieku dziecięcego” nowej klasy okrętów.

W okresie od 29 czerwca do 30 sierpnia 1965 roku K-27, operujący na wodach Morza Śródziemnego u wybrzeży Sardynii, przeprowadził swoją najbardziej brawurową operację, przeprowadzając symulowany atak na amerykańską grupę poszukiwawczo-uderzeniową, w skład której wchodził lotniskowiec zwalczania okrętów podwodnych USS Randolph (CVS-15), będący dawnym lotniskowcem typu Essex. Radziecki okręt przemknął się przez zewnętrzny pierścień eskorty bez wyzwolenia alarmu. Załoga pomyślnie zrealizowała pełną sekwencję symulowanego podejścia torpedowego do głównego celu, po czym wycofała się ze strefy operacyjnej, zanim amerykańscy operatorzy sonarów zdołali poprawnie zidentyfikować jej sygnaturę akustyczną. Gdyby misja ta została przeprowadzona w warunkach bojowych, K-27 na pewno byłby w stanie wystrzelić torpedy w kierunku USS Randolph, zanim zostałby wykryty i zmuszony do ucieczki lub zatopiony.

Katastrofa z 24 maja 1968 roku

21 maja 1968 roku okręt podwodny K-27 opuścił bazę w celu przeprowadzenia kolejnych rutynowych ćwiczeń na wodach Morza Barentsa. Zadaniem załogi było przetestowanie reaktorów na granicznych parametrach mocy taktycznej. Do 24 maja 1968 roku systemy funkcjonowały stabilnie. Niestety tego dnia o godzinie 11:30 czasu moskiewskiego na stanowisku dowodzenia rozległ się alarm. Czujniki wykazały nagły spadek mocy w reaktorze lewej burty – z poziomu 87% do zaledwie 7% w ciągu kilkudziesięciu sekund. W tym samym czasie czujniki radiometryczne w przedziale reaktorowym zarejestrowały gwałtowny wzrost promieniowania gamma. Złogi tlenków bizmutu zablokowały przepływ chłodziwa w części rdzenia.

Brak odbioru ciepła doprowadził do stopienia się elementów paliwowych i przepalenia ich koszulek, z których do układu, a następnie do atmosfery przedziału, wydostały się wysoce radioaktywne gazy rozszczepieniowe. Dodatkowo wzrosło ciśnienie wewnątrz układu, powodując rozszczelnienie rurociągów obiegu pierwotnego i uwolnienie skażeń do przedziału reaktorowego (grodzie wodoszczelne okrętu pozostały jednak nienaruszone). Mierniki dozymetryczne w sąsiednich sekcjach błyskawicznie przekroczyły zakres skali. Szacuje się, że w samym przedziale reaktorowym promieniowanie osiągnęło wartości rzędu tysięcy rentgenów, podczas gdy w przyległych sekcjach poziom ten przekroczył 150 rentgenów na godzinę (R/h).

Kapitan Paweł Leonow natychmiast zarządził awaryjne wynurzenie okrętu. Uszkodzony rdzeń w lewym reaktorze ulegał topieniu, uwalniając do przedziału potężne ilości izotopów radioaktywnych i śmiercionośnych gazów szlachetnych (m.in. ksenonu i kryptonu). Pomimo wyjących syren i błyskawicznie rosnącego poziomu promieniowania gamma, wachta mechaników przedziału reaktorowego – w tym Wiktor Gricenko, Aleksandr Pietrow, Wadim Kulikow oraz Władimir Wojewoda – nie opuściła swoich stanowisk. Wyposażeni jedynie w standardowe maski przeciwgazowe, które chroniły układ oddechowy przed pyłem radiologicznym, ale nie stanowiły absolutnie żadnej bariery dla przenikliwego promieniowania gamma, pozostali w przedziale, aby zabezpieczyć instalacje i upewnić się, że zniszczony reaktor został ostatecznie wygaszony.

Ich poświęcenie zapobiegło dalszej eskalacji awarii siłowni, ale przypłacili to życiem, ponieważ cała czwórka mechaników przyjęła potężne, śmiertelne dawki promieniowania. Bezpośrednio po opuszczeniu strefy skażenia marynarze zdradzili ostre objawy ostrej choroby popromiennej, a ich skóra uległa rozległym poparzeniom od promieniowania beta. Wszyscy zmarli w wojskowym szpitalu w ciągu kilkunastu dni od powrotu okrętu do bazy.

Zdjęcie opisywane w publikacjach jako K-27 (aczkolwiek prawdopodobnie to okręt projektu 627, bardzo podobny do K-27)
Zdjęcie opisywane w publikacjach jako K-27 (aczkolwiek prawdopodobnie to okręt projektu 627, bardzo podobny do K-27)

Utrata jednego z reaktorów pozbawiła okręt połowy mocy, a promieniowanie zaczęło rozprzestrzeniać się systemami wentylacyjnymi na całą jednostkę. Kapitan Leonow podjął jednak decyzję o powrocie do bazy przy wykorzystaniu ocalałego prawego reaktora i rozpoczął powolny rejs na powierzchni. Trasa wiodła do zamkniętej bazy morskiej w Gremisze, oddalonej o kilkaset mil morskich. Załoga rotacyjnie przebywała na pokładzie zewnętrznym, aby zminimalizować ekspozycję na promieniowanie gromadzące się wewnątrz kadłuba sztywnego. Ostatecznie K-27 dotarł do bazy 25 maja.

Natychmiast po przycumowaniu, marynarze K-27 zostali objęci kwarantanną. Poziom skażenia załogi był tak wysoki, że liczniki Geigera w portowym szpitalu blokowały się w ich obecności. Dawki pochłonięte przez członków grup awaryjnych szacowano w przedziale 600-1000 rentgenów. W wyniku katastrofy oficjalnie zmarło łącznie 9 członków załogi, z czego czterech najciężej napromieniowanych w ciągu pierwszego miesiąca, a pozostali w kolejnych miesiącach (łącznie szacuje się, że z powodu późniejszych problemów zdrowotnych zmarło nawet 21 kolejnych marynarzy). Ewakuację najciężej chorych przeprowadzono samolotami wojskowymi do specjalistycznych klinik w Leningradzie. Pozostałych marynarzy poddano intensywnej dekontaminacji i eksperymentalnym terapiom popromiennym (obejmującym m.in. przetaczanie szpiku i transfuzje krwi). Przez kolejne dekady większość ocalałych zmagała się z chorobami onkologicznymi, a ich akta medyczne utajniono.

Powołana przez Radę Ministrów komisja śledcza szybko odrzuciła błąd ludzki jako główną przyczynę katastrofy. Analiza danych telemetrycznych ocalałych z reaktora udowodniła, że projektanci instalacji całkowicie zlekceważyli zachowanie chłodziwa ciekłometalicznego w warunkach długotrwałej eksploatacji. Rurociągi obrastały tzw. „zimnymi czopami” z tlenków ołowiu i bizmutu. Wynikało to z technologicznego paradoksu: aby ciekły metal nie rozpuścił stalowych rur od wewnątrz, musiał zawierać minimalną, ściśle określoną domieszkę tlenu. Jeśli jednak tlenu było za dużo, metal błyskawicznie zamieniał się w twardy żużel.

Konsekwencje dla programu były natychmiastowe. Komitet Centralny zdecydował o przerwaniu produkcji kolejnych okrętów opartych na reaktorach VT-1. Stwierdzono, że brak zaawansowanych urządzeń do ciągłego monitorowania czystości chemicznej i regeneracji stopu podczas rejsu czyni ten napęd skrajnie niebezpiecznym. Flota ZSRR powróciła do koncentracji na standardowych reaktorach wodnych ciśnieniowych (opierając się na sprawdzonych jednostkach drugiej generacji z rodziny VM-4). Technologię chłodziw z ciekłego metalu odłożono do szuflady na ponad dekadę, oczekując na rozwój kompleksowych systemów automatyki okrętowej, co ostatecznie zaowocowało wdrożeniem znacznie nowocześniejszego, ale równie kontrowersyjnego Projektu705(Lira / Alfa).

Dalszy los okrętu

Po powrocie do bazy Gremicha, K-27 stał się problemem operacyjnym. Został wycofany z aktywnej eksploatacji 20 czerwca 1968 roku, jednak uszkodzonego reaktora, wypełnionego zastygniętym radioaktywnym ołowiem z bizmutem, nie dało się rozładować znanymi metodami. Roczne koszty utrzymywania okrętu w rezerwie, zapewnienia ochrony i monitoringu środowiskowego pochłaniały ponad 2 mln rubli.

W połowie lat 70. zapadła decyzja o radykalnym rozwiązaniu problemu: zatopieniu jednostki jako odpadu radioaktywnego. Z powodu skażenia całego przedziału maszynowego, inżynierowie odstąpili od prób demontażu reaktora. Zamiast tego, w 1981 roku hermetycznie uszczelnili przedział i wypełnili wszystkie wolne przestrzenie w jego wnętrzu specjalną mieszanką furfurolu oraz 270 tonami bitumu odpornego na penetrację wody morskiej. Powstał w ten sposób lity, wewnętrzny sarkofag.

Skomplikowana operacja holowania K-27 rozpoczęła się późnym latem. Przez wody arktyczne wrak ciągnęły holowniki oceaniczne MB-160. 6 września 1982 roku okręt zatopiono u wschodnich wybrzeży archipelagu Nowa Ziemia, w Zatoce Stiepowego (Morze Karskie). Wrak osiadł na głębokości zaledwie… 33 m, co stanowiło jawne złamanie wytycznych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), która wymagała topienia odpadów nuklearnych na głębokościach nie mniejszych niż 3000 m.

Tykająca bomba

W zatopionym reaktorze wciąż znajduje się około 90 kg wysoce wzbogaconego uranu-235. Raporty z rosyjsko-norweskich ekspedycji naukowych prowadzonych m.in. w 2012 roku ostrzegają przed postępującą korozją galwaniczną kadłuba sztywnego wywołaną agresywnym środowiskiem płytkich, słonych wód u wybrzeży Nowej Ziemi. Analizy wykazały, że jeśli woda morska przedostanie się przez degradujący bitumiczny sarkofag, wnikając między pręty paliwowe, zadziała jak moderator spowalniający neutrony. Może to doprowadzić do spontanicznego zainicjowania niekontrolowanej reakcji łańcuchowej, która rozerwie wrak od wewnątrz i uwolni izotopy do ekosystemu oceanicznego, skażając łowiska całej Arktyki.

Ze względu na niewielką głębokość, wydobycie jednostki jest fizycznie możliwe, jednak ekstremalnie trudne technicznie. Konsorcja międzynarodowe, badające dno przy pomocy zdalnie sterowanych pojazdów podwodnych, oszacowały koszty operacji na kwotę sięgającą blisko 300 mln euro. Plan ten zakłada bezpieczne podniesienie przy użyciu specjalistycznych platform dźwigowych sześciu najbardziej niebezpiecznych radzieckich obiektów nuklearnych w regionie. Na liście tej, oprócz samego K-27, znajduje się okręt podwodny K-159 (który zatonął na Morzu Barentsa w 2003 roku podczas holowania), odcięte przedziały reaktorów z okrętów K-11, K-19 oraz K-140, a także wycięty z kadłuba, uszkodzony przedział reaktora z wypalonym paliwem jądrowym, pochodzący z lodołamacza Lenin.

Podsumowanie

Dziś K-27 to obok jednostek takich jak K-159 czy K-278 Komsomolec (z którym K-27 jest zresztą często mylony), jeden z najbardziej niebezpiecznych wraków Zimnej Wojny pozostawionych na dnie oceanów. Eksperyment z chłodziwem ołowiowo-bizmutowym na K-27 okazał się jednym z najbardziej kosztownych potknięć w historii radzieckiej marynarki. Z technicznego punktu widzenia zmarnowano wkład kapitałowy rzędu 150 mln rubli z budżetu państwa, nie uwzględniając dziesiątek milionów przetransferowanych wcześniej na infrastrukturę badawczą w stoczni Siewmasz oraz koszty późniejszej konserwacji w bazie Gremicha.

Operacyjnie, wycofanie K-27 po zaledwie pięciu latach od wejścia do służby doprowadziło do powstania luki w planach strategicznych Floty Północnej. Dowództwo musiało szybko zrewidować taktykę zwalczania amerykańskich grup uderzeniowych, polegając w większym stopniu na szybszych okrętach Projektu 671 (w kodzie NATO: Victor), wykorzystujących klasyczne siłownie jądrowe z reaktorami wodnymi ciśnieniowymi.

Katastrofa z 24 maja 1968 roku zmusiła sowieckich inżynierów do zmiany priorytetów projektowych. Konstruktorzy zrozumieli, że operowanie w środowisku ciekłych metali wymaga perfekcji hutniczej i zautomatyzowanych systemów diagnostycznych, których przemysł ZSRR w latach 60. nie był w stanie wyprodukować. Lekcja wyciągnięta z fiaska reaktorów VT-1 została jednak zaimplementowana w późniejszych okrętach Projektu 705. Kolejna generacja jednostek myśliwskich otrzymała reaktory z ulepszonym systemem samooczyszczania i zaawansowaną automatyką eliminującą stałą obecność ludzi w przedziale maszynowym, co obniżyło podatność układu na błędy obsługi ręcznej.

Podobał Ci się ten artykuł? Doceniasz naszą pracę nad popularyzowaniem historii?
Postaw nam wirtualną kawę:

Wybierz wielkość kawy:

Subskrybuj nasz newsletter!

Co tydzień, w naszym newsletterze, czeka na Ciebie podsumowanie najciekawszych artykułów, które opublikowaliśmy na SmartAge.pl. Czasem dorzucimy też coś ekstra, ale spokojnie, nie będziemy zasypywać Twojej skrzynki zbyt wieloma wiadomościami.

Udostępnij.

Założyciel i Redaktor Naczelny portalu SmartAge.pl. Od ponad dekady zajmuję się popularyzacją historii, ze szczególnym naciskiem na militaria, broń pancerną, lotnictwo, marynistykę oraz rozwój techniki. Współpracuję z Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu.Na swoim koncie mam ponad 3000 artykułów, w tym analiz technicznych, recenzji oraz relacji. Jako fotograf specjalizuję się w fotografii lotniczej i krajobrazowej oraz reportażu z wydarzeń historycznych. W swojej pracy stawiam na jakość merytoryczną i różnorodne źródła, a także autorskie podejście, gwarantujące unikalność materiałów w dobie powtarzalnych treści.

×