Rozważania nad tematem pierwszego wpisu zakończyły się decyzją, aby zacząć z czymś luźnym i na czasie. Alkohol jest tematem niezbyt może wyrafinowanym, ale pozostającym na topie niezależnie od pory roku. Obecne, wyjątkowo upalne lato zapewne dodaje jeszcze do sporej już popularności. W każdym z krajów, w którym mieszkałam, mieszkańcy wykazywali różne podejście do tego, co, jak, kiedy i przede wszystkim ile pić. Dlatego też postarałam się uchwycić w poniższych notkach moje najciekawsze spostrzeżenia upstrzone odrobiną komentarzy i anegdot. Jak już podkreśliłam w notce wstępnej, nie piszę z pozycji autorytetu i zastrzegam, że wszystko poniżej przedstawia moją bardzo subiektywną wizję świata. Miłej lektury!

Niemcy

Jeżeli chodzi o Niemców, ciężko tutaj o niespodziankę – króluje piwo.  Koniecznie zawierające alkohol i pozbawione jakichkolwiek soków czy syropów. Kiedy mieszkałam za zachodnią granicą, próżno było szukać na półkach supermarketów odpowiedników popularnych w Polsce piw Redd’s. W jednym z barów w Hamburgu, kiedy zapytałam o piwo bezalkoholowe, barman najpierw spojrzał na mnie podejrzliwie i poprosił o powtórzenie zamówienia. Upewniwszy się, że mówię poważnie, z ciężko ukrywanym brakiem entuzjazmu zanurkował pod ladą i podał mi zakurzoną butelkę. Jeżeli chodzi o marki, jest parę głównych trendów – są zdecydowani wielbiciele piw niemieckich czy belgijskich. Carlsberg i Heineken również cieszą się oddaną grupą fanów. Polskie piwa z kolei zdobywają uznanie ze względu na niską cenę połączoną z dobrym smakiem. Popularne, chociaż głównie wśród dziewczyn, są również koktajle; zwłaszcza lokalny rarytas o nazwie Hugo, przygotowywany na bazie wina musującego. W gronie najbardziej popularnych trunków znajduje się również Jaegermeister.

Niemcy słyną z zamiłowania do piwa (fot. worldalldetails.com)

Niemcy słyną z zamiłowania do piwa (fot. worldalldetails.com)

Moim ulubionym niemieckim rarytasem jest Gluehwein, czyli wino grzane. Dość ironicznie zakochałam się w tym napoju we Francji, kiedy grupa zaprzyjaźnionych niemieckich studentów przywiozła kilkanaście butelek trunku zakupionego w IKEI w rodzinnym kraju. Wino wlewaliśmy do największego dostępnego garnka, podgrzewaliśmy do momentu przed wrzeniem i przelewaliśmy do kubków. Następnie braliśmy kubki, krzesła ogrodowe i koce; i siedzieliśmy tak opatuleni na zewnątrz, zupełnie ignorując fakt, że jest grudzień. Kiedy zapasy się skończyły, odbyliśmy pielgrzymkę po francuskich supermarketach, ze zdziwieniem odkrywając, że nikt tam nigdy o czymś takim nie słyszał. Rozpoczęliśmy więc własną produkcję, bazując na przepisach z internetu. Wynik był zaskakująco dobry – polecam spróbować, chociaż w Polsce problemów z nabyciem gotowego wina grzanego być nie powinno. Warto też spróbować Gluehwein na tradycyjnych jarmarkach świątecznych organizowanych za zachodnią granicą.

Niektórzy ze znajomych Niemców mieli w zwyczaju pić piwo w podobnym stylu, w jakim pije się wino hiszpańskie w krajach południowoeuropejskich, czyli do posiłków popołudniowych lub wieczornych. Nigdy jednak w czasie pracy! Wydaje mi się zresztą, że (podziwiana przeze mnie) niemiecka zdyscyplinowana etyka pracy w jakiś szczególny sposób oddziaływała na sposób picia alkoholu. Pije się dla relaksu, i – przynajmniej w ramach moich doświadczeń – raczej z umiarem, nie zapominając o obowiązkach dnia jutrzejszego.

Irlandia

Pomimo iż Irlandię i Niemcy geograficznie dzieli pasek wody, jeżeli chodzi o kulturę picia alkoholu, przeniesienie się na tę wyspę oznacza zupełnie inną rzeczywistość. Najpowszechniej spożywane jest piwo, ale powszechnie popełnianym błędem jest założenie, że wszyscy Irlandczycy kochają ciemnego Guinnessa. Spora część poznanych Dublińczyków na moje pytanie, dlaczego wolą międzynarodowe marki, odpowiadała, że ‘Guinness jest dobry dla turystów’ – w tym samym czasie sącząc napoje zagranicznych marek.

Swojego czasu, motywowana szlachetną intencją zdobycia kwalifikacji na prawo jazdy, kilkakrotnie w miesiącu w godzinach wczesno-porannych zmuszona byłam odbywać podróż do miasta Zielona Góra. W jednej z mijanych po drodze wiosek znajdował się sklep, przed którym można było ujrzeć zarumienionego Pana w starszym wieku. Każdego dnia dżentelmen ów siedział na ławeczce ignorując wszelkie anomalie pogodowe i spożywał piwo. Nie wiedzieć czemu czułam się zawsze nieco zmartwiona losem tego nieznanego Pana, ponieważ sam motyw picia piwa wczesnym rankiem wydawał mi się odstręczający, niepasujący do ogólnie przyjętych konwenansów. Byłam głęboko przekonana, że pite rankiem piwo dobrze smakować nie może.

Wracając do sedna sprawy; kiedy wylądowałam w Dublinie, mądrzejsza o dobre parę lat, niewiele pozostało z dawnych sentymentów i naiwności. Niemniej jednak początkowo niezmiernie dziwiło mnie, że bary/puby w sąsiedztwie były otwierane wczesnym popołudniem i raczej nie narzekały na brak zainteresowania klientów. Tak, nieprzypadkowo używam liczby mnogiej – w zasięgu 150 metrów od mojego domu znajdowało się ich pięć.

The Temple Bar

The Temple Bar

W Irlandii pije się często, dużo i bynajmniej nie w charakterze wzbogacenia posiłku. Jako Polka z małego miasteczka, bywająca na imprezach w remizach i na salach wiejskich, wciąż potrafiłam być w niezłym szoku. Niestety, często brakowało tam właściwego wyczucia momentu, w którym może warto by iść do domu; powszechne są bójki, kłótnie, publiczne załatwianie potrzeb fizjologicznych etc. w stopniu większym niż w innym państwach. Niemniej jednak z pewnym pozytywnym zaskoczeniem obserwuje się, w jakim tonie Irlandczycy wypowiadają się o swoich alkoholowych zwyczajach. Picie, nawet jeśli w pewnym stopniu powoduje wspomniane wyżej zachowanie, jest widziane jako typowa Irlandzka rozrywka, okazja do spotkań z przyjaciółmi i świetnej zabawy. W Polsce – oczywiście z przyczyn kłopotów, jakie wiele osób ma z alkoholem – picie jest oczywiście formą relaksacji, ale nie do końca widzianym pozytywnie. W Irlandii natomiast historie typu ‘upiłem się wczoraj tak, że nie mogłem sam wrócić do domu’ opowiadane są z dużą dozą humoru przez samych zainteresowanych.

Jedną z bardzo popularnych pamiątek z Dublina są t-shirty z nadrukami nawiązującymi do nadmiernego spożycia alkoholu; przykład takiej uroczej suweniry poniżej. Nadruk na koszulce głosi ‘Nie jestem Irlandczykiem, po prostu chcę się upić’. Ze względu na sławę barowej dzielnicy Temple Bar i wyżej opisany kontekst sytuacyjny, istotnie Dublin coraz bardziej staje się utożsamiany z alkoholem. Czy to dobrze czy źle, ciężko mi stwierdzić. Warto jednak być świadomym tej szczególnej estetyki w razie ewentualnych odwiedzin na zielonej wyspie.

 

Typowy t-shirt pamiątka dla turystów odwiedzających Dublin. (fot. picphotos.net)

Typowy t-shirt pamiątka dla turystów odwiedzających Dublin. (fot. picphotos.net)

Tyle w temacie kultury picia alkoholu w Niemczech i Irlandii. Kontynuować będziemy już niebawem, skupiając się tym razem na Francji i Chinach.

Podziel się.

O autorze

Klaudia Brudło

Wielkopolanka z urodzenia, włóczęga z wyboru. Absolwentka uczelni w Polsce, Francji i Irlandii. Trzymam rękę na pulsie, jeżeli chodzi o publicystkę. W sferze moich zainteresowań znajdują się również szeroko pojęte sprawy międzynarodowe.