Crytek, założony ponad 15 lat temu w Nieczech przez trzech braci, wsławił się szczególnie pierwszą częścią Far Cry oraz serią Crysis, tworzonymi zresztą na autorskim silniku – CryEngine. Ryse nie ustępuje tym produkcjom i podobnie jak one wprowadza ogromny powiew świeżości w kwestii oprawy graficznej. Stawia poprzeczkę naprawdę wysoko, ale w końcu właśnie z tego znamy Crytek najlepiej.

Na początku trochę o historii Ryse: Son of Rome. Fabuła jest stosunkowo prosta – wcielamy się w Mariusa Titusa, generała wojsk imperialnych Rzymu. Na samym początku, podczas gdy Neron biega jak opętany po całym pałacu, my kierujemy obroną Wiecznego Miasta. Chwilę później przenosimy się do czasu, gdy bohater, jeszcze jako młodzieniec, wrócił do domu z Aleksandrii, gdzie stacjonował razem z II Legionem. Nie zdradzając dużo więcej, wspomnę tylko, że opowieść kreowana jest na epicką, nawet z nutą magii i tajemniczości. Uwikłany w pewien sposób zostaje nawet Damokles, który został w potrzebie porzucony przez tchórzliwych przybocznych i zginął w walce z wrogiem. Według legendy ukazuje się on ponoć tym, którzy popełnią zdradziecki czyn i karze ich z całą swoją surowością. Nie tak najgorzej, prawda?

Ryse: Son of Rome - recenzja

Miecz Damoklesa w wydaniu miniaturowym.

W Ryse odezwała się chyba nadto bujna fantazja twórców, bowiem według źródeł (m.in. Cycerona) Damokles był dworzaninem niejakiego Dionizosa Starszego, tyrana Syrakuz, którego bardzo mocno wychwalał, nazywając najszczęśliwszym z ludzi. Widocznie Dionizos nie lubił zbytnio lizusów, ponieważ podczas jednej z uczt pozwolił mu zasiąść na jego miejscu, nakazując wcześniej zawiesić na nim miecz na końskim włosie. Damokles, ujrzawszy niebezpieczeństwo, zrozumiał, że tyran wcale nie wiedzie beztroskiego życia i ubłagał go, by zezwolił mu odejść wolno.

Powiedzmy szczerze – wizualnia gra stoi na bardzo wysokim poziomie. Z tego względu zdarza się niekiedy długie wczytywanie, szczególnie, gdy zmieniamy lokacje lub ładujemy wcześniejszy zapis. Chociaż przy najdłuższych okazjach czekałem prawie 3 minuty, to wrażenie było mniej negatywne ze względu na lekkie uatrakcyjnienie. Podczas, gdy gra ze stoickim spokojem wczytywała potrzebne pliki, podziwiałem filmiki złożone z kilku – kilkunastu parosekundowych kadrów, ukazujących nam wybrane miejsca z gry z ciekawej perspektywy. Nie zniweluje to całkiem uczucia, że można było zoptymalizować czas oczekiwania, ale przynajmniej postarano się to jakoś wynagrodzić.

Ryse: Son of Rome - recenzja

Graficzny majstersztyk. Ale czy to wystarczy?

Być może to wina mojej sympatii do antycznego Rzymu, ale Ryse zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem zachwycony dokładnością, z jaką Crytek odwzorował wszelkie modele. Nawet drobne szczególiki, jak szpile ze zbroi płytowej, czy piny trzymające pochwę miecza w miejscu, znajdują się w odpowiednich miejscach i można je podziwiać, jeżeli wie się, gdzie szukać. Co prawda na to nie ma zbyt wiele  czasu – jak już pisałem, ta gra to czysta akcja, przerywana jedynie cutscenkami. Dynamika rozgrywki rzeczywiście nie daje wytchnąć zbyt długo, choć wyraźnie widać, że Ryse to “ofiara” konwersji z wersji konsolowej. Kąpiący się w krwi wrogów Marius rozpłata każdego, kogo spotka na swej drodze, ale do sterowania trzeba się przyzwyczaić. Jeżeli jednak nie wystarcza nam ilość finisherów możemy je odblokować z poziomu specjalnego menu za pomocą zebranych punktów odwagi (doświadczenia).

Walka… Chociaż to właściwie podstawa tej produkcji, nie ma jak o niej wiele napisać. Jest dość prosta po załapaniu podstawowych ustawień, combo można łatwo przeprowadzić, podobnie jak egzekucje, które jakby nie było są dość widowiskowe. Ucinamy łapska wrednym barbarzyńcom, przecinamy gardła i tętnice, gnieciemy kolana i krtanie tarczą – jest w czym wybierać i zdecydowanie nie można powiedzieć, że nie sprawia to radochy. Jeżeli natomiast udało Wam się usłyszeć już zarzuty o monotonności pojedynków, to niestety trzeba to potwierdzić. Bardzo szybko przerobimy większość dostępnych ruchów, obejrzymy niemal wszystkie animacje. Jest do dość przyjemny widok, ponieważ ruchy Mariusa są w całości przeniesione z rzeczywistości za pomocą technologii motion capture. Być może właśnie dlatego mimo swoistej monotonii, patrzy się na Ryse jak głodny na bułkę. Nagrywanie materiału miało zresztą miejsce w Studiu Andy’ego Serkisa, czyli aktora, który stoi za postacią filmowego Golluma, postaci z osadzonych w Śródziemiu obydwu tolkienowskich trylogii Petera Jacksona.

Ryse: Son of Rome - recenzja

Ciach i po łapce. A mama ostrzegała – uważaj na ostre.

Podobnie ma się sprawa ze wspomnianą wcześniej fabułą. To, czy i komu się spodoba, to osobna sprawa, bo nigdy się nie trafi w gusta każdego gracza, ale trzeba przyznać, że kampania jest dość krótka – jedynie kilka godzin, maksymalnie 10, jeżeli ktoś naprawdę lubi pozwiedzać. Jeżeli mowa już o zwiedzaniu, to Ryse otrzymuje ode mnie minus za ograniczenie pola walki – poruszamy się dokładnie wyznaczoną trasą i nigdzie indziej. Z jednej strony to zrozumiała zagrywka ze strony Cryteku, bo podtrzymuje to wartkość akcji, ale jednak tak pięknie stworzone lokacje aż proszą się o chwilę podziwu. Chociaż miejscami widać skopiowane tekstury, niemieckie studio chyba garściami czerpało z drugiego epizodu Gwiezdnych Wojen, bo klony wylewają się drzwiami i oknami. Niby nie ma czasu na przyglądanie się szczegółom, ale chwilami da radę zauważyć trojaczki jednojajowe przed obliczem Mariusa. Jeszcze żeby ubierali się inaczej… Ich matka z rozróżnianiem ma chyba gorzej, niż Pani Weasley z Harry’ego Pottera.

Na uwagę zasługuje jednak multiplayer – możemy grać z innymi graczami, jako gladiatorzy na arenie. Na szczęście nie jest to kolejny suchy pomysł na zasadzie zapchajdziury, ale rozbudowany tryb z ideą w tle. Podobnie, jak w przypadku singleplayera, za przeprowadzone walki otrzymujemy pieniądze i doświadczenie, za które później kupujemy sprzęt i dodatki. Jeżeli chcemy odmiany, a niekoniecznie czujemy potrzebę grania z innymi, możemy włączyć pojedynek solo. Całkiem ciekawe rozwiązania – akurat ta opcja nie powinna zbyt szybko się znudzić, tym bardziej, że można zauważyć kilka eastereggów (np. wśród dostępnych skórek mamy do wyboru Mariusa, Pretorianina i… czarny strój rodem z Crysisa).

Ryse: Son of Rome - recenzja

Tradycyjna zbroja legionisty z okresu wczesnego cesarstwa. A nie, czekaj…

W odróżnieniu od grafiki, dźwięki nie robią furory. Są przeciętne – tyle, co trzeba i nic więcej. Myślę, że ta gra miała bardziej wyglądać, niż oferować nowości w rozgrywce, czy sycić ucho. Miałem okazję przetestować wersję przedpremierową i nie zauważyłem, by ten aspekt zbytnio się zmienił, stąd wydaje mi się, że to świadomy zabieg twórców i że uznali zwyczajnie, że nie to ma być główną zaletą Ryse.

Całość można podsumować dość szybko. Szczerze mówiąc nie mam zbytnio pomysłu na to, co można by jeszcze dodać – tytuł jest niesamowicie prosty, bo polega zwyczajnie na siekaniu kolejnych zastępów nadchodzących wrogów. Oferuje oczywiście ulepszenia, wprowadzające pewne urozmaicenie do rozgrywki: regenerację zdrowia, czy też bonus do zdobywanego doświadczenia. Mamy drzewko umiejętności, które właśnie za wspomniane doświadczenie rozwijamy. W gruncie rzeczy otrzymujemy interaktywny film akcji. I nie mam z tym żadnego problemu. Możemy zwinnie wywijać gladiusem, ale w gruncie rzeczy jeżeli nie interesuje nas fabuła, bądź co bądź całkiem niezła, ale nie wybitna, czy też jeżeli nie jesteśmy wielkimi fanami czasów Starożytnego Rzymu, to nie posiedzimy przy Ryse zbyt długo. A szkoda, bo siekanie barbarzyńców w wydaniu Mariusa to genialna zabawa.

 Info:

Strona gry

Strona producenta

7.6

Piękność z przeciętnym charakterem, ale radochy co nie miara.

  • Oprawa graficzna 10
  • Oprawa audio 6,5
  • Grywalność 8,5
  • Cena/jakość 7
  • Pozostałe wrażenia 7,5
  • Ocena użytkowników (0 głosów) 0
Podziel się.

O autorze

Andrzej Mazuruk

Parafrazując klasyka, "urodziłem się, aby żyć", co z niemałą chęcią robię i staram się coś przy tej okazji zrobić/napisać/wynieść - niepotrzebne skreślić. Przy okazji pisania, kawę, herbatę oraz wszelkie przekąski zużywam w ilościach iście hurtowych i tempie, jakiego nie powstydziłby się sam Usain Bolt. W niewyjaśnionych okolicznościach nabyłem także tajemną umiejętność generowania losowych błędów i awarii we wszelkiej maści urządzeniach elektronicznych. Ulubiony cytat? "Nie wierz we wszystko, co napiszą w internecie" (~Abraham Lincoln).