Zbudowany w 1938 roku stawiacz min ORP Gryf był największym okrętem wojennym służącym w Marynarce Wojennej II RP pod względem wyporności (większy był jedynie hulk ORP Bałtyk, ale nie była to jednostka bojowa). Niestety jego kariera była krótka, ponieważ zatopiono go 3 września 1939 roku. Mimo to zapisał się w historii jako jedna z ciekawszych i zarazem kontrowersyjnych jednostek.
Geneza
Na początku lat 30. XX wieku zaczęła krystalizować się strategia rozbudowy polskiej Marynarki Wojennej. Ostatecznie odrzucono nierealne i bardzo kosztowne pomysły budowy floty liniowej, które niektórzy dowódcy bardzo chętnie promowali. Po przeanalizowaniu wszystkich możliwości w Kierownictwo Marynarki Wojennej, oraz kontradmirał Jerzy Świrski, zdali sobie sprawę z olbrzymiej przewagi niemieckiej Kriegsmarine oraz sowieckiej Floty Bałtyckiej. Obie floty dysponowały przewagą w każdej dziedzinie, przez co nie było najmniejszych szans na ilościowe zniwelowanie tej przewagi. Jedyną opcją było obranie innej strategii. Postawiono na doktrynę wojny minowej. Zakładała ona, że jedynym skutecznym sposobem na powstrzymanie desantu lub blokady portów w Gdyni i na Helu jest stworzenie gęstych zagród minowych.

Aby zrealizować tę doktrynę, potrzebne były stawiacze min. Ze względu na specyficzne warunki panujące na Bałtyku, zainteresowano się bardziej pomysłem zbudowania dużego stawiacza min, niż serii mniejszych jednostek. Taki okrę miał być zdolny do samodzielnego postawienia zapory minowej np. w Zatoce Fińskiej, aby zablokować Flotę Bałtycką. Jednakże, ograniczone finanse młodego państwa polskiego wymusiły pójście na kompromis. Zamiast budować wyspecjalizowany okręt wojenny, zdecydowano się na jednostkę „uniwersalną”. Polska flota potrzebowała bowiem również okrętu szkolnego, który mógłby odbywać dalekie rejsy oceaniczne, prezentując polską banderę na świecie. Pozyskanie takiej jednostki dawało również mającym duże (albo nawet zbyt duże) ambicje dowódcom możliwość pozyskania namiastki krążownika, o której tak bardzo marzyli (dawny krążownik, czyli hulk szkolny ORP Bałtyk był bowiem tylko i wyłącznie jednostką stacjonarną, a nie bojową).
Kierownictwo Marynarki Wojennej przy podejmowaniu decyzji kierowało się bardziej modą panującą wówczas na świecie, niż faktycznymi potrzebami Marynarki Wojennej. Podobne uniwersalne okręty szkolno-bojowe, przystosowane do stawiania zapór minowych powstawały również we Francji, skąd zresztą czerpano bardzo wiele inspiracji (po części dzięki francuskim pożyczkom na zakup uzbrojenia). W związku z tym, połączenie funkcji ciężkiego stawiacza min z luksusowo wyposażonym okrętem szkolnym (wymagającym obszernych pomieszczeń dla kadetów) oraz reprezentacyjnym doprowadziło do zaprojektowania jednostki dużej, powolnej i słabo opancerzonej jak na swoje gabaryty. O ile francuska flota mogła sobie pozwolić na tak ekstrawagancki typ okrętu, tak licząca każdą złotówkę Polska niekoniecznie.
Narodziny projektu
W lipcu 1932 roku KMW sprecyzowało wytyczne dla przyszłego stawiacza min. Wstępny projekt okrętu opracowano w Polsce w Biurze Projektów KMW, głównie przy wsparciu komandora podporucznika Karola Korytowskiego. Na tym etapie było już wiadome, że okręt musi powstać w zagranicznej stoczni, ponieważ krajowe możliwości nie pozwalały na budowę tak dużego okrętu. Wybór wykonawcy nie był prostym zadaniem. Z powodu ogólnych braków funduszy, jedynym rozwiązaniem była zagraniczna pożyczka. Udzielił jej rząd Republiki Francuskiej. Warunki kredytu były jednak sztywne: pieniądze musiały zostać wydane we francuskich zakładach przemysłowych. To drastycznie ograniczyło pole manewru polskiej komisji przetargowej, eliminując stocznie brytyjskie czy włoskie, które często oferowały lepsze rozwiązania techniczne w niższych cenach.

Do przetargu stanęło kilka francuskich stoczni, a ostateczny wybór padł na zakład Chantiers et Ateliers Augustin Normand w Hawrze. Decyzja ta wzbudziła kontrowersje, gdyż stocznia ta specjalizowała się w mniejszych jednostkach (głównie okrętów podwodnych) i nie miała doświadczenia w budowie tak dużych okrętów o wyporności przekraczającej 2000 ton. Mimo to, umowę podpisano 11 maja 1934 roku. Ostateczny projekt okrętu rodził się w bólach. Francuscy inżynierowie musieli sprostać wygórowanym i często sprzecznym wymaganiom strony polskiej. Okręt miał posiadać silne uzbrojenie artyleryjskie, dużą autonomiczność (zasięg 9500 mil morskich przy prędkości ekonomicznej), a jednocześnie zabierać na pokład aż 600 min (w stanie przeciążenia). Dodatkowo, wymóg funkcji szkolnej wymusił wysokie nadbudówki, co negatywnie wpłynęło na stateczność jednostki przy silnym wietrze bocznym.
Już na tym etapie pojawiły się problemy z układem napędowym. Zastosowanie silników diesla firmy Sulzer (produkowanych na licencji we Francji) miało zapewnić duży zasięg, ale ograniczało prędkość maksymalną do zaledwie 20 węzłów. W warunkach nowoczesnej wojny morskiej, gdzie niszczyciele osiągały prędkości rzędu 36-40 węzłów, czyniło to z ORP Gryf jednostkę niezwykle ociężałą. Co więcej, skomplikowany system torów minowych biegnących przez znaczną część pokładu kolidował z funkcjami bytowymi załogi, co w toku eksploatacji było stałym źródłem problemów logistycznych podczas późniejszej eksploatacji.
ORP Gryf
Stępkę pod okręt położono 14 listopada 1934 roku. Prace w stoczni Augustin Normand nie przebiegały jednak bez zakłóceń. Francuski przemysł stoczniowy w połowie lat 30. trawiły liczne strajki i niepokoje społeczne związane z rządami Frontu Ludowego, co wpływało na tempo prac i jakość wykonania. Polscy oficerowie nadzorujący budowę, w tym komandor podporucznik inżynier Roman Somnicki, wielokrotnie zgłaszali uwagi dotyczące jakości spawów czy montażu instalacji elektrycznych. Napięcia na linii zamawiający-wykonawca były stałym elementem procesu powstawania okrętu. Problemem był również fakt, że strona polska regularnie zgłaszała również modyfikacje, co utrudniało prace stoczniowcom.

Wodowanie odbyło się 29 listopada 1936 roku i było dużym wydarzeniem medialnym, jednak sam proces wykańczania jednostki trwał kolejne kilkanaście miesięcy. Opóźnienia wynikały m.in. z konieczności integracji uzbrojenia, które Polska zakupiła poza Francją. Działa głównego kalibru oraz artyleria przeciwlotnicza pochodziły ze szwedzkich zakładów Bofors, które słynęły z precyzji i niezawodności, ale ich montaż w francuskim kadłubie wymagał licznych adaptacji technicznych, których nie przewidziano w pierwotnych harmonogramach. Koszt budowy wyniósł ostatecznie 13 313 675 zł, przy czym za opóźnienia w budowie, odzyskano kwotę… 7500 zł. W przeliczeniu opartym o historyczne kursy walut, było to około 2,5 mln dolarów, czyli współcześnie 55,7 mln dolarów, co przekłada się na 203,1 mln współczesnych złotych). Okręt otrzymał nazwę ORP Gryf.
Dane taktyczno-techniczne
Finalnie powstała jednostka o wyporności standardowej 2227 ton i pełnej 2946 ton. Długość całkowita wynosiła 103,2 metra, a szerokość 13,06 metra. Napęd stanowiły dwa 8-cylindrowe silniki wysokoprężne Sulzer-Diesel 8SD48 o łącznej mocy 6000 KM. Była to moc relatywnie niewielka jak na tak dużą masę, co skutkowało słabym przyspieszeniem i niską prędkością maksymalną wynoszącą jedynie 20 węzłów. Zapas 310 ton paliwa zapewniał zasięg maksymalny 9500 mil morskich przy prędkości ekonomicznej 14 lub 10 węzłów.
Prawdziwą siłą ORP Gryf było jego uzbrojenie, które paradoksalnie było potężniejsze niż wielu ówczesnych niszczycieli. Składało się ono z:
- Artyleria główna: 6 dział kalibru 120 mm wz. 36 L/50 firmy Bofors. Działa te, rozmieszczone w dwóch podwójnych wieżach na dziobie i rufie oraz dwóch pojedynczych stanowiskach na śródokręciu, zapewniały potężną siłę ognia przeciwko celom nawodnym. Co istotne, działa te był zunifikowane z uzbrojeniem niszczycieli typu Grom.
- Artyleria przeciwlotnicza: 4 działa (2xII) kalibru 40 mm Bofors oraz 4 karabiny maszynowe Hotchkiss wz. 30 kalibru 13,2 mm (2xII).
- Uzbrojenie minowe: Okręt mógł zabrać 300 min typu wz. 08 przy normalnym ładunku, a w warunkach przeciążenia aż 600 min. Czyniło go to jednym z najpotężniejszych stawiaczy min w Europie pod względem jednorazowej salwy minowej.

Eksploatacja
Próby morskie na Atlantyku ujawniły szereg usterek. Okręt wykazywał tendencję do silnych przechyłów bocznych, co utrudniało celowanie. Wibracje silników przenosiły się na kadłub, powodując awarie delikatniejszej aparatury. Mimo to, 27 lutego 1938 roku na okręcie podniesiono polską banderę. Był to moment dumy, ale też początek nieustannych poprawek. W drodze do Polski, dowodzony przez komandora podporucznika Stanisława Dzienisiewicza okręt musiał zmagać się ze sztormem w Zatoce Biskajskiej, co stało się ostatecznym testem jego dzielności morskiej. ORP Gryf przetrwał, ale załoga odnotowała liczne przecieki i uszkodzenia wyposażenia pokładowego, co potwierdzało tezę o nie do końca dopracowanej konstrukcji kadłuba. W trakcie rejsy okręt zawinął do szwedzkiego portu Göteborg, skąd pobrano amunicję.
Po przybyciu do Gdyni 6 marca 1938 roku, ORP Gryf wszedł w skład Dywizjonu Minowców, a następnie wydzielono go do samodzielnych zadań. Okręt, zgodnie z przeznaczeniem, pełnił funkcje reprezentacyjne i szkoleniowe. Odbył rejsy do portów w Estonii i na Łotwie. Jednakże, jego rola jako jednostki szkolnej szybko zeszła na drugi plan wobec narastającego napięcia w relacjach z III Rzeszą. 1 kwietnia 1939 roku dowództwo na okręcie objął komandor podporucznik Stefan Kwiatkowski.
Pod koniec sierpnia 1939 roku, w ramach planu mobilizacyjnego, ORP Gryf został załadowany bojowymi minami morskimi. Dowództwo Floty, realizując plan „Rurka”, zamierzało postawić zagrodę minową na przedpolu Zatoki Gdańskiej, aby uniemożliwić niemieckim okrętom podejście do polskiego wybrzeża. Była to operacja o najwyższym ryzyku. W przeciwieństwie do niszczycieli ORP Błyskawica, Grom i Burza, które w ramach planu „Peking” odesłano do Wielkiej Brytanii, Gryf musiał zostać. Jego niska prędkość czyniła ucieczkę przez Cieśniny Duńskie niemożliwą w warunkach przewagi Luftwaffe.

1 września 1939 roku, o świcie, okręt znajdował się w porcie wojennym na Oksywiu. Pierwszy atak lotniczy nastąpił już w godzinach porannych. Po południu ORP Gryf w towarzystwie niszczyciela ORP Wicher i trałowców wyruszył w kierunku Helu, aby zrealizować misję postawienia min. Zespół został jednak wykryty przez niemieckie bombowce nurkujące Junkers Ju 87 Stuka. Rozpoczęła się bitwa powietrzno-morska, znana jako Bitwa pod Helem lub Bitwa Zatoki Gdańskiej.
Podczas nalotu, około godziny 18:00, niemieckie samoloty zrzuciły bomby w pobliżu burty stawiacza min. Choć nie uzyskano bezpośredniego trafienia, odłamki i fala uderzeniowa z 30 bomb spowodowały liczne uszkodzenia. Co gorsza,od ognia broni maszynowej zginął m.in. dowódca okrętu, kmdr ppor. Stefan Kwiatkowski, oraz czterech innych członków załogi. Śmierć dowódcy w tak kluczowym momencie, na okręcie załadowanym setkami ton materiałów wybuchowych (min), wywołała szok. Dowodzenie przejął kmdr ppor. Wiktor Łomidze. W obawie przed eksplozją min od wstrząsów wywołanych bliskimi wybuchami bomb lub kolejnymi atakami, Łomidze podjął kontrowersyjną i szeroko dyskutowaną do dziś decyzję o wyrzuceniu całego ładunku minowego do morza bez ich uzbrajania. Decyzja ta de facto przekreśliła ofensywny sens istnienia okrętu, zamieniając go jedynie w pływającą baterię artyleryjską. Operacja „Rurka” zakończyła się fiaskiem, zanim się na dobre rozpoczęła.
Pozbawiony min i uszkodzony okręt wpłynął do portu na Helu. Dowództwo nad ORP Gryf przejął wówczas kmdr por. Stanisław Hryniewiecki. Rozważano pozyskanie kolejnych min z kryp minowych zakotwiczonych w zatoce, ale operacja ta została uznana za niemożliwą do wykonania w warunkach niemieckiego panowania w powietrzu. 2 września zdecydowano o wykorzystaniu stawiacza min jako stacjonarnej baterii przeciwlotniczej i artyleryjskiej, wspierającej obronę półwyspu. Część załogi opuściła pokład i zasiliła jednostki broniące półwyspu. Na Gryfie pozostawiono jedynie niezbędną załogę, potrzebną do obsługi uzbrojenia.

Rankiem 3 września, ORP Gryf stoczył pojedynek artyleryjski z niemieckimi niszczycielami Leberecht Maass i Wolfgang Zenker, które zaatakowały Hel. Gryf wraz z Wichrem i baterią cyplową skutecznie odparły niemiecki zespół, uszkadzając jeden z niszczycieli. Sam stawiacz min również został nieznacznie uszkodzony, a 7 marynarzy z jego załogi zginęło. Był to jednak ostatni sukces okrętu. Tego samego dnia rano, około godziny 9:00, nastąpił zmasowany nalot bombowców nurkujących. ORP Gryf został trafiony co jedną bombą lotniczą, która wywołała pożar, który zagroził eksplozją komór amunicyjnych. W tej sytuacji zalano je. Kolejny nalot nastąpił tego samego dnia o 18:00. Chociaż głównym celem był ORP Wicher (który został zatopiony), jedna z bomb trafiła w śródokręcie wciąż płonącego Gryfa, powodując dalsze uszkodzenia.
W trakcie nalotu uszkodzona została burta doku pływającego, której fragmenty przebiły kadłub Gryfa. Kolejna bomba spowodowała pożar wyciekającego paliwa, przez co płomienie ogarnęły cały okręt. W panującej sytuacji nie było możliwości przeprowadzenia skoordynowanej akcji gaśniczej. Załoga opuściła więc płonący okręt, który pozostawiono własnemu losowi. Gryf osiadł na dnie basenu portowego i płonął jeszcze przez dwa dni. Gdy ogień wygasł, zdjęto z wraku trzy, niezniszczone rufowe armaty kalibru 120 mm i utworzono z nich kolejną lądową baterię artylerii. Ostatecznie działa zniszczono wraz z kapitulacją Helu.
Po zajęciu półwyspu przez Niemców, wrak stawiacza min został podniesiony z dna i przeholowany w głąb zatoki i ponownie zatopiony na Rybitwiej Mieliźnie, gdzie służył jako znak nawigacyjny i cel dla artylerzystów. Również po zakończeniu wojny wykorzystywano go jako cel artyleryjski, ale w latach 1954-1957 większość wraku wydobyto i zezłomowano. Jedna z wież dziobowych trafiła następnie do Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Tak zakończyła się historia polskiego stawiacza min ORP Gryf.

Podsumowanie
ORP Gryf to jeden z bardziej kontrowersyjnych zakupów Polskiej Marynarki Wojennej w okresie przedwojennym. Duży, teoretycznie dobrze uzbrojony, ale powolny okręt był tak uniwersalny, że nie nadawał się do żadnej z ról, które miał pełnić. Był za duży i przez to zbyt drogi jak na potrzeby polskiej floty, słaby napęd ograniczał jego prędkość, przez co w praktyce nie nadawał się do stawiania zapór minowych na Bałtyku, ponieważ w razie wykrycia nie dałby rady uciec, a jego uzbrojenie, chociaż silne na papierze, stawiało go mniej więcej na równi z niszczycielami, które były jednak bardziej praktyczne w polskich realiach.
Chociaż był to stawiacz min, niektórzy nieco prześmiewczo nazywają go „mini krążownikiem”, albo „krążownikiem na miarę polskich możliwości”. Stwierdzenia te idealnie oddają problematyczne możliwości Gryfa, który nie był ani ani porządnym stawiaczem min, ani niszczycielem, ani tym bardziej krążownikiem. Bez wątpienia był jednak dumą polskiej floty przed wojną, a tym samym pokazywał ambicje wielu polskich admirałów.
Jako ciekawostkę warto dodać, że okręt ten dostępny jest również w grze World of Warships – możecie skorzystać z tego linku, aby założyć nowe konto lub wrócić do gry i uzyskać dodatkowe bonusy.
Subskrybuj nasz newsletter!
Co tydzień, w naszym newsletterze, czeka na Ciebie podsumowanie najciekawszych artykułów, które opublikowaliśmy na SmartAge.pl. Czasem dorzucimy też coś ekstra, ale spokojnie, nie będziemy zasypywać Twojej skrzynki zbyt wieloma wiadomościami.





