Stwierdzenie, że posługiwanie się językiem angielskim jest obecnie bazą dla sukcesu zawodowego czy edukacyjnego, jest trudne do podważenia. Kiedy byłam w podstawówce, na dodatkowe zajęcia z języka uczęszczałam z niewielką grupą innych uczniów, i było to raczej widziane jako nieszkodliwa fanaberia. Dzisiaj przedszkolaki mają zajęcia z nawet dwóch języków, i fanaberią jest nie branie w nich udziału.

Językowa gorliwość Polaków w żadnym stopniu nie dorównuje akcjom i aspiracjom mieszkańców Chin. Angielskiego uczy się tam każdy, kogo na to stać. Niemowlęta rozpoczynają naukę po osiągnięciu wieku kilku miesięcy; a emeryci uczą się, aby móc odwiedzić studiujące w Ameryce wnuki. Tym, co jeszcze bardziej odróżnia mieszkańców Państwa środka, jest uwielbienie, jakim darzą uczących języka obcokrajowców. Dla tak zwanego ‘native speakera’ (osoby posługującej się językiem angielskim jako językiem ojczystym) stawki za godzinę nauki języka oscylują pomiędzy 200 a 300 Yuan. Posługując się kursem polskiego złotego w dniu dzisiejszym, jest to równowartość 100, 150 złotych w naszej krajowej walucie. Uczący języka Chińczycy muszą zadowolić się ułamkiem tej kwoty.

Niesamowity popyt i duża pula pieniędzy do zgarnięcia doprowadziły do wykształcenia się rynku, na którym niestety powszechne są mniejsze i większe malwersacje. Skąd posiadam tą wiedzę? Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Chin, byłam nauczycielką angielskiego; pracowałam za darmo w ramach międzynarodowego wolontariatu. W notce zamieszczone są moje zdjęcia właśnie z tego okresu. Wolontariat był swojego rodzaju ‘misją’; wiedziałam wówczas niewiele na temat realiów nauki angielskiego w Chinach.

Nauka kolorów w czasie wolontariatu w Fangshan.

Nauka kolorów w czasie wolontariatu w Fangshan.

Zacząwszy zawierać nowe znajomości w gronie Pekińskich obcokrajowców, informacja o charakterze mojego zatrudnienia budziła spore zaskoczenie. ‘Z Twoimi jasnymi włosami i skórą mogłabyś tutaj dostać za uczenie naprawdę dobrą stawkę’ – tego typu komentarze nie należały do rzadkości. Z biegiem czasu poznawałam coraz więcej ludzi, którzy uczyli angielskiego – Rosjan, Niemców, Meksykanów. Z zaskoczeniem przyjmowałam fakt, że ich znajomość języka często była słaba. Kiedy pytałam, czy nie jest to problemem, że nie są oni native speakerami, odpowiadali mi, że ich uczniowie tego nie wiedzą i wiedzieć nie muszą. Pracownicy szkół językowych osobiście poręczają za ‘angielskość’ swoich nauczycieli. Uczniowie, którzy zazwyczaj nie mieli okazji wystarczająco ‘nasłuchać się’ języka, łapią przynętę bez problemu. W jednej ze szkół, w której miałam okazję być gościem, na centralnej ścianie wisiała galeria nauczycieli wraz z krótkimi biografiami i CV. Na jednym ze zdjęć rozpoznałam moją znajomą; notatka pod jej fotografią głosiła, że jest ona absolwentką Harvardu. Dosyć zaskoczona, zapytałam ją o to przy najbliższej okazji. ‘Och’ – odpowiedziała – ‘Oni piszą takie rzeczy, bo Chińczycy kojarzą te słynne Amerykańskie uczelnie. A przecież nikt nie sprawdzi, czy faktycznie tam studiowałam’.   

Kiedy w którymś momencie pobytu w Państwie Środka zdecydowałam się na poświęcenie większej ilości czasu nauce języka chińskiego, opcja zostania nauczycielką angielskiego – dotychczas znajdująca się na obrzeżach moich realnych zainteresowań – zaczęła przybierać realne rozmiary. Postawiłam sobie za to za warunek, żeby moja właściwa narodowość była znana uczniom, wraz z historią mojej znajomości języka i certyfiktami będącą potwierdzeniem zawodowych kwalifikacji. Moja agentka – coś w rodzaju pośrednika pomiędzy mną a potencjalnymi uczniami – traktowała całą sytuację ze sporą dozą sarkazmu i zniecierpliwienia, decydując się na współpracę zapewnie głównie ze względu na moją blond czuprynę.

Wciąż zdarza mi się otrzymywać emaile z ofertami pracy. Ta oferta w  oferta w absolutnie bezpośredni sposób daje do zrozumienia, że jest skierowana tylko do osób rasy kaukaskiej ('we need Caucasian teachers').

Wciąż zdarza mi się otrzymywać emaile z propzycjami pracy. Ta oferta w oferta w absolutnie bezpośredni sposób daje do zrozumienia, że jest skierowana tylko do osób rasy kaukaskiej (‘we need Caucasian teachers’).

Parę dni minęło od rozpoczęcia współpracy, kiedy otrzmałam informację o mojej pierwszej lekcji. Zostałam poinstruowana, żeby wziąć taskówkę pod przesłany emailem adres w rezydencjalnej dzielnicy ShuangJing, koszty przewozu zostaną pokryte przez ucznia. A raczej jego matkę – jako że po dotarciu pod wskazany adres okazało się, że Bruce jest pulchnym, 18 – miesięcznym bobasem. Dzieckiem na co dzień zajmuje się anglojęzyczna niania, emigrantka z Filipin. Na ścianach pokoju dziecięcego wiszą plakaty z bohaterami Amerykańskich kreskówek, a półki wypełniają książeczki z bajkami dla angielskich dzieci. Śladów wskazujących na to, że mieszka tutaj mały Chińczyk, brak. Mama chłopca tłumaczy mi perfekcyjną angielszczyzną, że Bruce jest wychowywany w anglojęzycznym środowisku i jego rodzina zwraca się do niego po chińsku jedynie kilka godzin dziennie. Nie do końca wiem, czego się ode mnie oczekuje; Pani domu jest na szczęście kobietą biznesu (?) i pakuje mi do ręki książki, które mam czytać dziecku na głos. Po dwudziestu minutach rozlega się ryk, który udaje mi się opanować bujaniem i śpiewaniem ‘Twinkle Twinkle Little Star’. Próbuję wytłumaczyć małemu, że gwiadzy są na niebie, i po angielsku mówi się na nie ‘stars’. Po zakończeniu lekcji mama jest zachwycona, ja chyba jednak mniej. Bruce to sympatyczny dzieciak i branie udziału w jego torturowaniu chyba nie bardzo mi odpowiada.

Ośmioletni Owen, pianista, jeden z moich uczniów w szkole w Fangshan.

Ośmioletni Owen, pianista, jeden z moich uczniów w szkole w Fangshan.

Dość dosadnie wyrażam się w mojej agencji na temat zmuszania mnie do nauki niemowląt i, ku mojemu zaskoczeniu, spotykam się ze zrozumieniem. Kolejną powszechną praktyką pośród szkół angielskich w Pekinie było notoryczne oszukiwanie nauczycieli w kwestii wieku ich uczniów. Jako że dwoma najbardziej problematycznymi grupami uczniów byli dorośli i dzieci, próbując zachęcić do przyjęcia takiego ucznia, szkoły odpowiednio zaniżały bądź zawyżały ich wiek. Oczywiście, problem ten pojawiał się po paru miesiącach praktyki, kiedy nauczyciel zdążył udowodnić swoją ‘wartość’ i miał więcej propozycji, niż byłby w stanie zaakceptować, dostępując zaszczytu selekcji.

Mnie, pomimo marudzenia mojej agentki i odmowy udawania Angielki, udało się nawiązać współpracę z grupą bardzo ciekawych uczniów. Emerytowanego dyrektora Narodowego Banku Chińskiego przygotowywałam do poznania anglojęzycznej wnuczki; uczyłam też angielskiego pięcioosobową rodzinę urzędnika Ambasady Arabii Saudyjskiej. I mimo tego, że koniec końców moja ‘kariera nauczycielska’ była raczej spowodowana kwestiami finansowymi niż miłością do tej profesji, naprawdę myślę, że udało nam się zrobić znaczne postępy. Patologia w tym całym systemie jest spora, ale z drugiej strony nie jest to sytuacja wyłączna dla Państwa Środka. Podobne sytuacje (jak wynika z relacji moich znajomych) mają miejsce w Japonii i Korei; zgadywać można, że podobnie jest w wielu innych miejsca. I, koniec końców, w tym całym udało mi się poznać kilkunastu nauczycieli, którzy byli wspaniałymi pedagogami z wielką pasją. Wydaje mi się, że prędzej czy później cała sytuacja zostanie uregulowana przez prawo. Wówczas dziesiątki obcokrajowców o mentalności Wilka z Wall Street będą zmuszeni poszukać sobie nowego źródła łatwego zarobku.

Podziel się.

O autorze

Klaudia Brudło

Wielkopolanka z urodzenia, włóczęga z wyboru. Absolwentka uczelni w Polsce, Francji i Irlandii. Trzymam rękę na pulsie, jeżeli chodzi o publicystkę. W sferze moich zainteresowań znajdują się również szeroko pojęte sprawy międzynarodowe.