Zmiany w systemie bezpieczeństwa i nowa seria porwań

Po tej serii aktów piractwa powietrznego na polskich lotniskach zaczęto wprowadzać dodatkowe środki bezpieczeństwa, a w samolotach zaczęli pojawiać się uzbrojeni milicjanci. Zakończyło to falę porwań w Polsce, chociaż w USA dochodziło do nich jeszcze przez jakiś czas i były coraz bardziej zuchwałe. Porywacze domagali się często pieniędzy oraz spadochronów i wyskakiwali z okupem w locie, aby trudniej ich było znaleźć. Zazwyczaj z mizernym skutkiem, gdyż nie umieli skakać na spadochronach i albo gubili torby z pieniędzmi w locie, albo odnosili obrażenia przy lądowaniu. Wyjątkiem może być chyba jedynie legendarny Dan Cooper, człowiek zagadka znany tylko pod swoim fałszywym nazwiskiem, który to wyskoczył 24 listopada 1971 z Boeinga 727 z 200 tysiącami dolarów okupu. Mimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań i trwających wiele lat śledztw FBI nie udało się poznać prawdziwej tożsamości Coopera, ani odzyskać okupu. Sprawę ostatecznie zamknięto dopiero w 2016.

Portret pamięciowy D.B. Coopera

Portret pamięciowy D.B. Coopera

Przez kilka kolejnych lat był w Polsce względny spokój. Zrezygnowano z wysyłania na pokłady samolotów milicjantów, a ilość porwań bardzo spadła. W latach 1971-1980 zostały uprowadzone tylko 2 samoloty PLL LOT. Pierwszym z nich, 4 listopada 1976 przewożono deportowanego z Danii Andrzeja Karasińskiego. Ponieważ jednak nie spieszyło mu się do powrotu do Polski, gdzie czekało go więzienie, zmusił załogę Tu-134 do lądowania w Wiedniu.

2 lata później, 30 sierpnia 1978 doszło do porwania kolejnego Tu-134 lecącego planowo z Gdańska do Warszawy. Dokonała go para z Niemiec Wschodnich, Hans Tiede i Ingrid Ruske. Początkowo planowali ucieczkę promem, kiedy jednak nie mogli doczekać się na osobę która miała dostarczyć im fałszywe dokumenty postanowili porwać samolot. Zaopatrzyli się w atrapę pistoletu i razem z 12-letnią córką Ruske porwali samolot na Tempelhof, gdzie oprócz nich zostało także 6 innych pasażerów.

Tupolew Tu-134

Tupolew Tu-134

W przypadku porwań często działał efekt domina – jedno udane zachęcało kolejnych porywaczy do działania. Druga fala takich porwań rozpoczęła się w Polsce 4 grudnia 1980. Na pokład An-24 mającego lecieć z Zielonej Góry – Babimostu do Warszawy wsiadł uzbrojony w trapę granatu Andrzej Perka. Przebywał on wcześniej w Szwecji i po powrocie do Polski najwyraźniej tęsknił za zachodnim stylem życia. Kiedy odmówiono mu ponownego wydania paszportu, postanowił uciec porywając samolot. Wylądował na Tempelhof, gdzie został ujęty przez zachodnioniemiecką policję i skazany na 4 lata więzienia.

Takie wyroki absolutnie nie zniechęcały porywaczy, zwłaszcza, że często były skracane za dobre sprawowanie. Wiedzieli, że po wyjściu z więzienia czeka na nich zupełnie inne życie niż w Polsce. O wiele większe wyroki czekały na tych, którym porwania się nie udawały.

Rok 1981 zdecydowanie nie był w Polsce dobrym rokiem, był też wyjątkowy jeśli chodzi o porwania samolotów pasażerskich. W próbach uprowadzania przodowało lotnisko Katowice-Pyrzyce. Już w lipcu i sierpniu doszło tam do 4 prób porwania samolotów. Dwie, 5 i 11 sierpnia zakończyły się aresztowaniem porywaczy, szczególnie ciekawa jest jednak ta z 18 września, kiedy to samolot uprowadziła uzbrojona w żyletki grupa młodzieży z jednej z katowickich szkół. Łącznie 12 osób, w wieku od 16 do 20 lat. Samolot został skierowany na berlińskie lotnisko Tegel, jednak przed samym lądowaniem radziecki śmigłowiec Mi-8 próbował uniemożliwić ucieczkę zawisając na ścieżce podejścia. Załodze jednak udało się bezpiecznie wylądować. Także na Tegel zakończyło się porwanie z 21 lipca 1981.

Port lotniczy Berlin-Tegel (fot. Matti Blume)

Port lotniczy Berlin-Tegel (fot. Matti Blume)

Warto wspomnieć, że zwykle wkrótce po przekroczeniu granicy na Odrze samoloty były przechwytywane przez myśliwce radzieckie lub wschodnioniemieckie, których zadaniem było niedopuszczenie do ucieczki. O ile do samolotów pasażerskich nie otwierały ognia, to w przypadku kradzieży samolotów aeroklubowych czy rolniczych dochodziło do zestrzeleń. Np. 16 lipca 1975 czechosłowackie myśliwce zestrzeliły uciekającego do Austrii An-2 którego pilotował Dionizy Bielański.

Drugim lotniskiem z którego udawały się ucieczki w latach 1981-1982 było lotnisko we Wrocławiu. Doszło tam w tym czasie do 3 porwań. 22 września 1981 działacz Solidarności, Jerzy Dygas wniósł na pokład samolotu granat i zmusił załogę do lotu na Tempelhoff. Po wylądowaniu został aresztowany i skazany za terroryzm na pięć i pół roku więzienia. Także z Wrocławia doszło do największego porwania pod względem ilości osób biorących w nim udział. 30 kwietnia 1980 roku ośmiu porywaczy opanowało An-24 mimo że na podkładzie znajdowało się kilku uzbrojonych milicjantów po cywilnemu, a sami porywacze nie byli uzbrojeni. W bijatyce która wywiązała się na pokładzie milicjanci zostali obezwładnieni a jeden z nich został ciężko pobity. Samolot zamiast w Warszawie wylądował na Tempelhof, gdzie łącznie wysiadło aż 36 z 54 osób znajdujących się na pokładzie, gdyż porywacze lecieli wraz z rodzinami. W cały plan porwania wtajemniczonych była ponad setka osób.

Pół roku później, 22 listopada doszło do kolejnego spektakularnego uprowadzenia samolotu z Wrocławia. Dokonał tego milicjant, członek wyselekcjonowanych latających patroli antyterrorystycznych, Piotr Winogrodzki. Oprócz niego na pokładzie było 2 innych uzbrojonych antyterrorystów, jednak Winogrodzki dokładnie wiedział w jaki sposób ich zneutralizować i zmusić pilota do lądowania na Tempelhof. Kiedy samolot po wylądowaniu wystarczająco zwolnił, porywacz wyskoczył z maszyny, a za nim antyterroryści i wywiązała się pomiędzy nimi strzelanina, którą przerwała interwencja żołnierzy amerykańskich w transporterze opancerzonym.

Ewakuacja pasażerów z An-24 porwanego przez Piotra Winogradzkiego

Ewakuacja pasażerów z An-24 porwanego przez Piotra Winogradzkiego

Winogrodzki został postrzelony i zabrany przez Amerykanów, pozostali milicjanci zamknęli się w samolocie. Sytuacja była dość nieciekawa, ponieważ doprowadzili do wymiany ognia na terytorium obcego państwa, co groziło sporym skandalem dyplomatycznym, ostatecznie jednak jeszcze tego samego dnia wrócili do Polski. Był to spory cios dla polskich antyterrorystów, gdyż oddział z Okęcia, dowodzony przez Jerzego Dziewulskiego cieszył się świetną skutecznością. Na dobrą sprawę, nikomu nie udało się wcześniej uprowadzić samolotu z Okęcia, gdyż kontrola pasażerów funkcjonowała tam naprawdę dobrze. Nie znaczy to, że nie próbowano.

22 września 1981 doszło do próby porwania nocnego lotu z Okęcia do Koszalina. 4 osoby wniosły na pokład noże i benzynę ukryte pod opatrunkami, które miały chronić ich rzekome obrażenia. Pilot zgłosił przejęcie samolotu i dostał polecenie powrotu do Warszawy. W tym czasie wyłączono oświetlenie w dużej części miasta, włączając w to Pałac Kultury i Nauki, tak, aby porywacze nie wiedzieli, że zostali oszukani. Kiedy samolot minął próg pasa ruszyli za nim antyterroryści z Jerzym Dziewulskim na czele. Był to manewr wielokrotnie wcześniej przez nich ćwiczony i znany przez pilotów – UAZy doganiały jadący samolot a milicjanci przedostawali się na pokład. Tak też stało się w tym przypadku. Jednego z porywaczy postrzelono, pozostałych ujęto. Jedna ze stewardes i jeden pasażer odnieśli rany.

Takich sukcesów było więcej, w ciągu 2 lat, 1981 i 1982 zapobiegnięto 15 porwaniom, zatrzymano 32 osoby na lotniskach, lub już na pokładach samolotów, a 290 osób podejrzewano o zamiar uprowadzenia samolotu.

Trudno jednak podejrzewać, że samolot może uprowadzić pilot. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 na jakiś czas wstrzymano loty cywilne. Planowano też zastąpić pilotów LOTu pilotami wojskowymi. Obawiając się takiego obrotu spraw, pilot Czesław Kudłek postanowił wykorzystać sytuację i uprowadzić pilotowany przez siebie samolot An-24 z Warszawy do Wrocławia w dniu 12 lutego 1982. Zabrał na pokład swoją rodzinę i dopiero w trakcie lotu poinformował resztę załogi o swoich zamiarach. Ci nie oponowali. Pasażerów poinformowali, że ze względu na ćwiczenia wojskowe muszą lądować w Szczecinie, a kontrolę lotów, że zostali porwani i zmuszeni do lotu do Berlina. Kłamstwo działało do chwili, kiedy samolot przekroczył granicę na Odrze. Funkcjonariusze milicji zaczęli szturmować kabinę, a obok samolotu pojawiły się radzieckie i wschodnioniemieckie myśliwce. Drzwi do kabiny jednak milicjantom pokonać się nie udało, za to myśliwce zmusiły pilota do lotu na Schonefeld. Jednak kiedy samolot znalazł się nad pasem, a myśliwce się oddaliły, Kudłek poderwał samolot do góry, przeleciał nad murem berlińskim i wylądował po jego drugiej stronie, na Tempelhof. Cała załoga dostała azyl polityczny, wyjątkowo nie zostali oskarżeni o porwanie samolotu.

Po zakończeniu stanu wojennego porwania niemalże ustały. Łatwiej było opuścić kraj legalnie, a po 1989 nie było już praktycznie żadnych przeszkód. Wzmocniono także ochronę na lotniskach, pojawiły się aparaty prześwietlające bagaż promieniami rentgenowskimi wykrywające z dużą skutecznością broń. Jedyne dwie próby porwania miały miejsce 28 sierpnia 1986 i 8 września 1987, jednakże obie zakończyły się niepowodzeniem, niedoszli porywacze zostali obezwładnieni przez innych pasażerów.