Porwania samolotów w latach 60.

Koniec lat 60., wydarzenia marcowe, wkroczenie wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, zaostrzenie cenzury i ograniczenia wolności spowodowały, że wiele osób zechciało opuścić kraj. Oczywiście z PRL nie można było tak po prostu wyjechać. Nasiliły się więc próby ucieczek. Ale nie tylko Polacy porywali polskie samoloty. 19 października 1969 Ił-18 lecący z Warszawy-Okęcie na znajdujące się we Wschodnim Berlinie lotnisko Schonefeld został uprowadzony przez dwóch młodych mieszkańców Berlina. Peter Klemt i Ulrich von Hof przemycili w dziecięcym beciku rewolwer którym sterroryzowali załogę i nakazali lądować na lotnisku Tegel, znajdującym się po drugiej stronie muru berlińskiego. Zostali aresztowani przez zachodnioniemiecką policję i skazani na 2 lata więzienia, jednakże resztę życia spędzili już po „wolnej stronie” żelaznej kurtyny.

Ił-18 PLL LOT (fot. Aldo Bidini)

Ił-18 PLL LOT (fot. Aldo Bidini)

Miesiąc później, 20 listopada porwany został An-24. Po starcie z Wrocławia-Strachowic zamiast do Bratysławy poleciał do Wiednia.

W światowym lotnictwie 1969 był rokiem przełomowym i wyjątkowym jeśli chodzi o powietrzne piractwo. Wcześniej dochodziło do zaledwie kilku takich przypadków rocznie. W 1968 było ich 29, ale w 1969 już 86, a w roku kolejnym 77. Do porwań dochodziło tak często, ponieważ było to proste – do samolotu wsiadało się jak do autobusu lub pociągu, nie było praktycznie żadnej kontroli pasażerów. Nie było znanych nam dzisiaj bramek, wykrywaczy metali czy psów szukających materiałów wybuchowych i narkotyków.

Z czasem opracowano technikę wstępnej selekcji pasażerów na podstawie ich zachowania przed odprawą biletową i w jej trakcie. Osoby zachowujące się według określonego klucza były kierowane na kontrolę bagażu i rewizję osobistą. Początkowo skuteczność była całkiem spora. Zwykle do kontroli trafiało 2-3% pasażerów z których nawet ¼ miała coś na sumieniu. Z czasem jednak osoby odpowiedzialne za selekcję pasażerów zaczynały zaniedbywać swoje obowiązki, przestawano zadawać kluczowe pytania i skuteczność selekcji spadła. Linie lotnicze były jednak bardzo mocno przeciwne wprowadzaniu dodatkowych środków bezpieczeństwa, gdyż kosztowałyby one majątek, mogły też straszyć pasażerów, przekonanych do tej pory, że latanie jest całkowicie bezpieczne.

Znaczna część samolotów porywanych w USA w latach 60. była zmuszana do lądowania w Hawanie (fot. Enrique de la Osa)

Znaczna część samolotów porywanych w USA w latach 60. była zmuszana do lądowania w Hawanie (fot. Enrique de la Osa)

Ogromna większość samolotów porywana była w USA. Wiele z nich kierowało się na Kubę, gdyż wracali na nią emigranci z czasów Batisty, ale także ludzie którzy chcieli zabić Fidela Castro, lub dla odmiany ostrzec go przez zamachem, a z czasem pojawiły się także porwania dla okupu. Nie brakowało obywateli amerykańskich rozczarowanych swoim krajem, którym Kuba wydawała się rajem. Było ich tak wielu, że linie lotnicze zaopatrywały pilotów w rozmówki angielsko-hiszpańskie i mapy Karaibów, a przez jakiś czas planowano nawet budowę na Florydzie lotniska mającego udawać to w Hawanie. Duży udział w porwaniach miał także Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny, ale także i pragnący innego życia Polacy. I o ile Palestyńczycy i Amerykanie porywali samoloty i brali pasażerów za zakładników, co wielokrotnie kończyło się śmiercią części z nich, dla mieszkańców PRL samolot był tylko pojazdem umożliwiającym ucieczkę. Mimo, że często używali broni, lub materiałów wybuchowych, to podczas ich działań nikt nie zginął. W Stanach za to, mimo iż linie lotnicze zwykle ulegały porywaczom, kierowały samolot tam gdzie żądał i płaciły okup kilkukrotnie dochodziło do strzelanin z udziałem FBI, a tym samym śmierci postronnych pasażerów.

Porwania samolotów w latach 70.

Apogeum porwań w Polsce to rok 1970. Na krajowych liniach latały wówczas głównie An-24. Kontrola pasażerów na lotniskach była dość pobieżna, a bilet na lot krajowy mógł kupić każdy. Nie były wymagane paszporty, jak na lot międzynarodowy, mimo, iż niektóre polskie lotniska są bardzo blisko granicy – Wrocław, Katowice, Kraków, a zwłaszcza Szczecin.

Lotowski An-24

Lotowski An-24

Właśnie z lotniska Szczecin-Goleniów 5 czerwca został porwany An-24. Zbigniew Iwanicki wniósł na pokład dwa granaty i grożąc ich zdetonowaniem nakazał załodze lecieć do Kopenhagi. 4 dni później 2 pasażerów próbowało uprowadzić samolot z Katowic do Warszawy, zostali jednak rozbrojeni przez pozostałych pasażerów. 7 sierpnia doszło do kolejnej próby porwania samolotu lecącego z Goleniowa. Poszukiwany listem gończym między innymi za gwałt 27-latek, Waldemar Frej przemycił na pokład Antonowa granat i sterroryzował nim załogę domagając się lotu do Hamburga.

Pilot, Zbigniew Kwiatek postanowił jednak oszukać porywacza. Wykorzystując ciemności i to, że Frej nie zna języka angielskiego komunikuje się z kontrolą lotów i uzgadnia lądowanie na Schonefeld. Kiedy samolot zostaje przechwycony przez radzieckie myśliwce, porywacz bierze je za eskortujące maszyny amerykańskie. Dopiero po wylądowaniu na zaciemnionym lotnisku cała maskarada wyszła na jaw, kiedy radziecki żołnierz zawołał po rosyjsku „Jesteście w Hamburgu, wychodźcie”. Trzeba przyznać, że w sytuacjach z zakładnikami Rosjanie od zawsze robili wszystko po swojemu. Porwanie to skończyło się jednak szczęśliwie dla wszystkich oprócz porywacza, który został skazany na długoletnie więzienie. 19 sierpnia miało miejsce porwanie Iła-14 lecącego z Gdańska do Warszawy, a dokonał tego 19-letni Krzysztof Kryński, który domagał się lotu na Bornholm.

Polski Ił-14 (fot. Aviateam.pl)

Polski Ił-14 (fot. Aviateam.pl)

Mniej szczęśliwie skończyło się trzecie i ostatnie porwanie tego miesiąca. Na pokład An-24 kursującego z Katowic do Warszawy 26 sierpnia wsiadł Rudolf Olma, Polak niemieckiego pochodzenia, któremu wcześniej kilkukrotnie odmówiono wydania paszportu i możliwości opuszczenia kraju. W bagażu miał pomarańcze i specyficzne słodycze – otóż jeden z tortów zawierał blisko pół kilograma trotylu. Po starcie porywacz wyciągnął ładunek i trzymając go w jednej ręce, a w drugiej zawleczkę ruszył do kabiny pilotów. Zanim jednak tam dotarł, piloci wiedząc co się zaraz wydarzy wykonali gwałtowny manewr przez który Olma stracił równowagę i wypuścił bombę z rąk. Ta wybuchła uszkadzając samolot, raniąc poważnie niedoszłego porywacza i kilku pasażerów.

Antonow pilotowany przez kapitana Jerzego Ziomka szczęśliwie jednak wylądował w Pyrzowicach, terrorysta został ujęty a pasażerowie opatrzeni i zabrani do szpitala. Nikt z pasażerów nie odniósł poważniejszych obrażeń, jednak Olma stracił lewą rękę, lewe oko, a w krótkim procesie został skazany na 25 lat więzienia. Wyszedł w 1988, wykupił wycieczkę do Niemiec i już tam został. Co ciekawe, sędzia wydający wyrok, także niedługo uciekł na Zachód.

Rudolf Olma podczas procesu

Rudolf Olma podczas procesu