Jedną z bolączek tego, że w Internecie każdy ma możliwość wypowiedzenia się na każdy temat są stosy materiałów o bezczelnie wręcz niskiej wartości. Chyba każdemu właścicielowi konta na Facebooku nie są obce ewenementy ludzi publikujących ujęcia własnej twarzy z każdej możliwej perspektywy, jednostki namiętnie dzielące się zdjęciami jedzenia, recenzujące każde możliwe wydarzenie w swoim życiu czy uporczywie próbujące zainteresować publiczność zdjęciami swoich dzieci. Mnie osobiście dosyć mocno uwierają grafomańskie i zwyczajnie nic nowego nie wnoszące notki podróżowo – psychologiczne. Zazwyczaj takie wpisy posiadają którąś z poniższych cech: górnolotnie natchnione stwierdzenia; założenie własnej wyjątkowości i posiadania tajemnej wiedzy wynikającej z faktu, że było się w iluś tam miejscach na świecie oraz, obowiązkowo, liczebniki! Zlepiając te elementy w całość wychodzi nam coś w rodzaju ‘Moja przemiana duchowa podczas wycieczki na Kamczatkę i siedem prawd, których nauczyła mnie ta podróż’. Tytuł jest absolutnie zmyślony, chociaż niespecjalnie bym się zdziwiła, gdyby takie dzieło kiedyś w przyszłości powstało. Taka uwaga, aby być fair w stosunku do rodzimych autorów: zjawisko takich artykułów jest znacznie bardziej powszechne w języku angielskich.

Niestety, moi anglojęzyczni znajomi lubują się w publikowaniu linków do tego rodzaju twórczości. Po początkowym okresie zainteresowania kolejne wpisy tego typu zaczęły wywoływać u mnie co najwyżej pogardliwe prychnięcia. Okej, ktoś powie, przecież sama piszę o moich przeżyciach za granicą. Staram się jednak nie przyjmować postawy mędrca i nie powtarzać oczywistych prawd. Moim celem jest raczej prezentowanie mojego sarkastycznego obrazu rzeczywistości i zapisywanie różnych śmiesznych historii, tak, żebym mogła sobie je przypomnieć, gdybym zapomniała w starczym wieku.

Wracając do tematu – w tym całym oceanie bezsensu udało mi się ostatnio zaleźć coś ciekawego. Otworzyłam linka wyskakującego na mojej tablicy wiedząc, że osoba go dzieląca nie ma w zwyczaju udostępniać bzdur. Na szczęście się nie zawiodłam. Człowiek pod nazwiskiem Mark Mason wyprodukował listę pięciu – cholerny liczebnik musi być, żeby czasem nie było za pięknie – spostrzeżeń, które są autentycznie ciekawe. Chciałabym dla Was i dla siebie (na wypadek demencji) przedstawić jego tezy i opatrzyć je swoim komentarzem. Dla referencji zamieszczam również tytuły w wersji angielskiej.

Szczęście jest uniwersalne

Happines is common – human dignity is not

Mason trafnie celuje w błąd postrzegania rzeczywistości w krajach rozwijających się z perspektywy bogatego zachodu. Przytacza on swoisty archetyp bogatego dzieciaka, który nie rozumie, jak jego rówieśnicy w Afryce mogą w sytuacji nie posiadania konsoli PlayStation i bycia w alternatywie zmuszonym do bawienia się w błocie – wciąż odczuwać szczęście. Ale tak, ludzie są szczęśliwi niemal wszędzie, gdzie byłam, pomimo różności warunków bytowych. Dla mnie osobiście warto przypominać sobie o tym w momentach, kiedy próbuję sobie wyobrazić czyjąś sytuację, jako moje szczęście – typu ‘gdybym miała jej pracę i takie fajne mieszkanie, na pewno byłabym szczęśliwsza’. Szczęście jest zbyt indywidualne i elastyczne, żeby można nim było rozporządzać na zasadzie ‘kopiuj’ i ‘wklej’. Prawdziwym problemem jest natomiast brak warunków życiowych dających ludziom możliwość godnego życia.

Podróżowanie otwiera przed Tobą nowe perspektywy, ale w tym samym czasie ogranicza możliwość
zaangażowania, w cokolwiek.

World travel gives you greater perspective on life, but it limits your ability to commit to things

Może trochę oczywista oczywistość, ale w tym samym momencie coś, co rzuca spory cień na całą ideę podróżowania. Warto o tym wiedzieć i się z tym oswoić. Mnie osobiście trudno jest nawet podliczyć ilość miejsc, które nazywałam domem przez ostatnich parę lat. Zaczęłam organizować sobie życie pod kątem możliwości bycia gotowym spakowania się w jedną walizkę. Bardzo ciężko jest utrzymać przyjaźnie – kiedy jednych ludzi widzisz codziennie przez pół roku, a później może już wcale, w tym samym czasie doświadczając nieustannej ekspozycji na nowe znajomości. Człowiek staje się niejako obojętny na uporczywość przemijania chwil. Największa próba przychodzi jednak, kiedy nastaje czas zamieszkania w jakimś miejscu na stałe. Z ociąganiem kupuję wyposażenie mieszkania, podświadomie kalkulując, że niedługo i tak trzeba będzie to zostawić. W sytuacjach socjalnych też jest ciekawie, kiedy nikt nie rozumie moich pytań o to, czy czyjaś dziewczyna bądź chłopak nie będą im przeszkadzać w ewentualnej przeprowadzce do innego kraju. Wciąż się uczę, będę dawać znać, jak mi idzie!

3

Największe zalety poszczególnych krajów czy kultur są zazwyczaj również ich największymi wadami

The best part of a country or culture is also usually the worst

Mason pisze tutaj o tym, jak skłonność do ładu i uporządkowania mieszkańców Singapuru jest czymś, co ich definiuje, a jednocześnie ich przekleństem, niebezpiecznie odchylającym się w kierunku pedantyzmu. Gdzieś po części zgadzam się z tym stwierdzeniem. Podczas mieszkania w Niemczech nierzadko cisnęły mi się na usta przekleństwa, kiedy mierząc się ze stosami organizacji i formalizmu musiałam wypełniać niezliczone bloczki bądź byłam informowana, że ‘tego nie wolno robić, bo nie’. Francuzi z drugiej strony są rozkoszni w swoim wyluzowaniu, a ich duma narodowa jest imponująca – tyle że ciężko to docenić, kiedy brak pracowitości bije po oczach w urzędach i sklepach, a na ulicach dostajesz lodowate spojrzenie tylko dlatego, że mówisz po angielsku. Zresztą, spójrzmy na siebie. Nasza duma i skłonność do zabawy są niestety w dużej części przypadków motorem cuchnącego nacjonalizmu i problemów z alkoholem.

Większość ludzi ma gdzieś, co mówisz i co myślisz – i jest to fajna sprawa

The vast majority of a planet does not care what you say or do – this is a good thing

Pokrótce mówiąc, cokolwiek zrobisz, szanse są spore na to, że osoby będące świadkami tych wydarzeń nie będą miały szansy codziennie Ciebie widzieć i o tym przypominać. Dwie kwestie są tutaj problematyczne. Po pierwsze, wiele osób przebywających za granicą czyni z tego faktu swój oręż, traktując czynienie rzeczy głupich bądź odrażających jako zabawę. Do najpopularniejszych praktyk należy upijanie się w sztok, ekscesy w życiu erotycznym (z dumą współdzielone) i generalnie skandaliczne komentarze czynione na głos. Po drugie, jakoś wolę sobie założyć, że robię i myślę to, co uważam za właściwe – bez znaczenia, jaka jest reakcja potencjalnej publiki. Zakładanie, że potrzeba ku temu immunitetu wynikającego z tego, że nikt Cię nie zna, jest dość smutne.

Im więcej podróżujesz, tym bardziej zapominasz, kim byłeś – i to również jest fajna sprawa

The more you travel, the more you lose sight of who you are – this is also a good thing

Podróżowanie daje nam chyba jedyną w rodzaju szansę na wypróbowanie różnych wersji samego siebie i wybranie takiej, w jakiej czujemy się najlepiej. Po jakimś czasie patrzysz na starą wersję siebie jak na jakąś obcą osobę. Co jest tochę straszne, nie rozumiesz jej i jej wyborów kompletnie – przynajmniej w moim przypadku zupełnie niejasne są moje wcześniejsze działania i motywacje. Pewnie i ‘standardowe’ życie daje nam takie możliwości, tyle że w znacznie mniejszej skali. Jeżeli chcecie w sobie coś zmienić – polecam pakować walizkę.

Na koniec oczywiście polecam zapoznanie się z oryginalnym artykułem Marka Masona. Link znajdziecie tutaj.

Podziel się.

O autorze

Klaudia Brudło

Wielkopolanka z urodzenia, włóczęga z wyboru. Absolwentka uczelni w Polsce, Francji i Irlandii. Trzymam rękę na pulsie, jeżeli chodzi o publicystkę. W sferze moich zainteresowań znajdują się również szeroko pojęte sprawy międzynarodowe.